2.1

– Ja chyba zaczynam… rodzić…
Spojrzał na nią nie rozumiejąc, potrzebował chwili, by przetworzyć sygnał.
Chwila nie minęła…
– ZABIERZ MNIE DO SZPITALA!!!
No to ją zabrał.

***

Poznali się jak większość małżeństw, na studiach. Co prawda nie studiowali na jednej uczelni, ani nie poznali się w ramach zajęć, czy projektów naukowych, ale to właśnie studenckie życie zetknęło ich ze sobą. Bardzo intensywne życie studenckie. Konkretnie: Kaern obrzygał Elwirze dekolt w klubie studenckim. Dekolt i większą część sukienki. Dostał za to po mordzie, co spowodowało kolejny atak torsji, wymierzony już ku szerszej publiczności. Ale biednej dziewczynie dostało się jeszcze raz.

Jaki wpływ miało to zdarzenie na ich związek? Kaern wypytał kumpli, kto podbił mu oko, gdyż nic nie pamiętał. Ustalenie adresu dziewczyny nie stanowiło problemu dla kogoś, kto znał prawie wszystkich studentów w mieście.
Poszedł z przeprosinami i bukietem kwiatów. Dostał rozgrzeszenie i zaproszenie na kawę, zakochał się od pierwszego wejrzenia z wzajemnością, a potem poszło jak w życiu. Oświadczyny, koniec studiów, ślub, pozytywny wynik testu ciążowego, gehenna związana ze spełnianiem zachcianek kobiety w ciąży, uwieńczona potwornym rykiem mającej za chwilę wydać na świat potomka samicy potwora…

***

– NA BOGA, SZYBCIEEEEEE…!
W poczekalni przy porodówce jeszcze przyszły tatuś dowiedział się, że kilka minut zwłoki zaowocowałyby koniecznością odebrania porodu w samochodzie. Westchnienie ulgi połączone z bladością czoła i rzęsistym potem na nie wypływającym utwierdziły lekarza w przekonaniu, że o przyjmowaniu porodu stojący przed nim facet miał pojęcie nikłe. Lub żadne.

– Leży. Rodzi, tak, to się zazwyczaj robi na porodówce – nerwowo rzucał w telefon Kaern. Jego rozmówczynią była teściowa rodzącej właśnie Elwiry. – Mamo, przecież nie jestem lekarzem ani położnikiem, przecież nic tam nie pomogę… Nie – parsknął. – Akurat to nie jest chyba wyznacznikiem…
Urwał. Przez chwilę widział tylko oślepiające światło, przez następną słychać było przetaczający się w pobliżu potężny grzmot.
– No tak, jeszcze burzy brakowało – powiedział mężczyzna do słuchawki. – Kończę, mamo, jeszcze przyciągnę telefonem pioruna.

Przechadzał się korytarzem, rozświetlanym co chwilę błyskawicami. Odgłosów burzy nie słyszał, miał na uszach słuchawki. Założył je, stwierdziwszy, że to go uspokoi. Uspokoiło. Tym gwałtowniej zareagował na szarpnięcie za ramię. Przestraszony, zerwał z głowy urządzenie, widząc minę człowieka, który go szarpnął, przeraził się jeszcze bardziej.
– Proszę pana na salę. Szybko!
Tamten rzucił się biegiem z powrotem w kierunku sali, więc Kaern pobiegł za nim. Pełen najgorszych obaw wkładał fartuch, zastanawiając się, czy może nie zacząć się modlić. Nie był religijny, w przeciwieństwie do żony, ale zarówno to nagłe wezwanie, jak i burza, która szalała coraz bardziej napełniły go obawami od czubków palców po sam wierzchołek głowy. Odczuwał obawy jak pasożyty pożerające jego ciało.
„Jak trwoga to do Boga” – pomyślał.

To co zobaczył na sali przyprawiło go o torsje. Po czarnej przerwie w świadomości zobaczył kilka centymetrów przed oczami kafelki podłogi. Pokryte zawartością jego żołądka. Bał się podnieść wzrok, ale wiedział, że musi. Wstał, otarł usta rękawem i podszedł do żony.

Dziecko leżało na łóżeczku obok łóżka Elwiry, stało przy nim dwóch pochylonych lekarzy i coś robili. Noworodek wrzeszczał wniebogłosy, wszędzie tryskała krew. Krwawiło dziecko, krwawiła kobieta. Słyszał okrzyki „tracimy go”, „stracił za dużo krwi” i uświadomił sobie, że ma syna. Być może jeszcze przez chwilę.
Jego żona krwawiła obficie spomiędzy nóg, dwie pielęgniarki próbowały zatamować strumień posoki, ale jak widać z marnym skutkiem. Kaern, otępiały, powoli podszedł do żony, która złapała go za rękę. Spojrzał w jej oczy, błękitne, pełne miłości, gasnące… zauważył, że porusza ustami, pochylił się więc, przystawiając do nich ucho. Usłyszał to, czego nie chciał usłyszeć, co wolałby zamienić na rzeź niewiniątek, wojnę światową, amputację nóg…

– …weź mnie zamiast niego, ocal moje dziecko… Panie…

Burza ustała, ustał wrzask dziecka, zatrzymała się praca serca matki. Czas się zatrzymał. Kaern nie słyszał nic oprócz ostatnich słów ukochanej żony, dźwięczały w jego głowie jak potężny, ogłuszający huk dzwonu. Poczuł, jak ziemia osuwa mu się spod stóp.

Kiedy się ocknął, leżał na łóżku. Szpitalnym. Przy nim stało dwóch lekarzy. Spojrzeli po sobie, nie wiedzieli, który ma się odezwać. W końcu jeden z nich się zdecydował.
– Gratulacje, ma pan syna. Ale… – zaciął się. – Ale pańska małżonka odeszła. Przykro mi.
Dotknął jego ramienia, szybko cofnął rękę i obaj wyszli, zostawiając Kaerna z jego bólem i łzami.
– Jestem ojcem – mówił sam do siebie. – Jestem ojcem, mam syna zamiast żony. Wymieniłem żonę na dzieciaka, świetny, kurwa interes! – Wrzasnął. Na szczęście w pokoju nie było nikogo, kto zwróciłby mu uwagę.

Zwlókł się z łóżka i podreptał na korytarz. Chciał zobaczyć swoje dziecko. Swojego syna, mordercę jego żony. Nie potrafił myśleć inaczej, wstydził się tego i nienawidził się za to, jednak próby odepchnięcia tych myśli skutkowały silniejszymi ich nawrotami.
„Trudno” – pomyślał. – „Może kiedyś nauczę się z tym żyć.”

Kilka razy zapytał o drogę, zanim trafił do sali, gdzie leżały noworodki. Wszedł do środka, zatrzymał się przy synu. „Mała klucha” – pomyślał. – „Mała, nieporadna klucha, a zabiła człowieka.”
Przyglądał się tej małej klusce, obserwował delikatne ruchy klatki piersiowej, oddechy, pomarszczone dłonie, zamknięte oczy, wykrzywione usta, szeroką bliznę na przedramieniu…
– Co to jest, do cholery? – zapytał na głos. Nikt mu nie odpowiedział. Po chwili do sali weszła pielęgniarka, która po kolejnym pytaniu o bliznę zakrzyknęła z przerażenia i pobiegła po lekarza.

Oględziny dały bzdurne wnioski. Rana miałaby być zadana szerokim ostrzem nieznanego pochodzenia. Postrzępionym na brzegach. Wiek blizny określono na trzy do pięciu tygodni, co było oczywistą bzdurą. Nie można było uznać jej za naturalne znamię, ze względu na wyraźne wystrzępienie tkanki na obrzeżach.

Na domiar złego zniknął gdzieś ojciec dziecka.

Zostawił karteczkę z napisem.

Nie chcę tego dziecka. Nienawidzę go, zabił swoją matkę. Nie potrafiłbym go pokochać, znajdźcie mu normalną rodzinę. I nie szukajcie mnie.

Share This:

No Comments

Leave a Comment