2.2

Małe ognisko oświetlało twarze pięciu milczących postaci. Odziani w czarne płaszcze siedzieli wokół płomienia, każde zatopione we własnych, nieznanych reszcie myślach. Czekali. Czekali już piątą noc. Za dnia musieli się ukrywać w pobliskiej jaskini, w nocy rozpalali ognisko, niezbyt duże, by nikt ich z daleka nie dostrzegł. Była to zresztą asekuracja psychologiczna, bowiem miejsce, w którym się znajdowali, otoczone było ze wszystkich stron gęstym lasem. Ci, na których czekali, dostrzegliby nawet płomyczek zapałki. Mieli do tego sprzęt. W nocy nikt ani nic nie mogło ich widzieć, ale niewielkie rozmiary ogniska uspokajały milczących. W dzień zaś w okolicy budziły się drapieżniki. Bardzo głodne drapieżniki. Bestie, które nie występowały w żadnym atlasie fauny krajowej, czy też światowej. Nie wszystkie z nich padały od pojedynczego strzału z karabinu. A amunicji było coraz mniej…

Pięć cieni w mroku rozjaśnianym lekko trzaskającym płomieniem. Pięć posągów. Trzech mężczyzn, kobieta, i coś, co nie było człowiekiem, chociaż bardzo go przypominało. Dla łatwiejszej komunikacji wszyscy ustalili, że jest to mężczyzna.
Kobieta wtuliła się w swojego towarzysza. Ten jakby w ogóle nie zauważył zmiany jej pozycji, nie poruszył się. Próbował ułożyć sobie w głowie wszystko, co się wydarzyło od momentu, do którego sięgała jego pamięć. Od momentu, kiedy pamiętał pierwsze słowo, które ktoś wypowiedział… nad nim… Michał…

***

– Michałku! Ach jej, jakiś ty już duży! Aleś ty urósł!
Michałek stał ze spuszczoną głową, jasne kręcone włosy zasłoniły mu oczy. I dobrze, nie musi patrzeć tej dziwnej pani w oczy. I tak mało co nie spalił się ze wstydu. Przecież ma już pięć lat! Dlaczego traktują go jak małe dziecko!
– Chodź, Michałku, dostaniesz coś od cioci Jadzi – powiedziała kobieta wyjmując z torebki zawiniątko.
Michałek podniósł wzrok. Wstyd wstydem, ale prezenty dostawać lubił.
– Coś słodkiego dla malucha – pani, nazwana przez samą siebie ciocią Jadzią, prawie się opluła. Rozwinęła papier pakowy i wyciągnęła w kierunku chłopca czekoladę, paczkę gumisiów i jakieś dziwne coś, czego w życiu na oczy nie widział.
– Dz-dziękuję – wymamrotał.
– Michał, idź się pobawić – powiedziała stanowczo, wchodząc do pokoju, opiekunka chłopca. – Ciocia musi z ciocią porozmawiać.
Michałek zabrał więc łupy i podreptał do swojego pokoiku. Ciocia Aurelia nigdy nie pozwalała mu jeść słodyczy podczas zabawy, w ogóle rzadko pozwalała mu jeść słodycze, więc nie zamierzał dyskutować. Wolał też nie ryzykować usłyszenia czegoś w stylu „ale czekoladę zostaw na później” – mówiąc krótko zwiał. Niezbyt go zresztą interesowało, o czym będą gadać dwie baby, przecież on sam i tak nic z tego nie zrozumie. Wszystkie rozmowy dorosłych były głupie i niezrozumiałe. Sami dorośli byli dziwni. Ktoś, kto rozmawia o głupich rzeczach nie może być normalny. Michał nie chciał być głupi ani nienormalny. Idealnym rozwiązaniem było nie być dorosłym. Nie chciał dorosnąć. Nigdy.

***

Nigdy… A teraz nie ma już miejsca na bycie dzieckiem – pomyślał Michał, wpatrując się w ogień. – Teraz trzeba szybko podejmować decyzje, te decyzje muszą być słuszne. Nie ma miejsca na błąd, na brak refleksu… Błąd oznacza śmierć…
Dziewczyna mocniej wtuliła się w jego ramię. Spojrzał na nią, zauważył ją. Uśmiechnął się, ale za chwilę spochmurniał. Nie-człowiek, siedzący naprzeciw niego, badawczo mu się przyglądał.
Ile bym dał, żeby znów być dzieckiem… Odpowiedzialność nie istniała. Ciocia była odpowiedzialna za mnie. A ja jedynie za porządek w pokoju – westchnął, przyciągając wzrok pozostałych dwóch mężczyzn. Po chwili znów patrzyli w ogień.
Teraz jestem odpowiedzialny nie tylko za siebie… – spojrzał na swoją towarzyszkę. Towarzyszkę w przetrwaniu, towarzyszkę w życiu w ogóle. Byli ze sobą, bo ona go kochała, a on jej ufał. Zaufanie było dla niego najważniejsze.
W czasach, określanych jako „po burzy”, zaufanie było najważniejsze. Nikt nie mógł zapewnić bezpieczeństwa, nikt nie mógł przewidzieć, co się wydarzy. I kiedy. Ale ufając komuś, miało się pewność, że choćby świat się zawalił, nie zostanie się samemu.
Michał westchnął znowu i wrócił do wspomnień.

***

Michałek rozłożył klocki na podłodze i zaczął je segregować. Nie wiedział jeszcze co chce zbudować, dopóki nie powstał w jego głowie żaden pomysł, miał czas, by oddzielić materiał na ściany od bardziej zaawansowanych elementów. Kiedy już będzie wiedział czego chce, łatwiej będzie mu wykonać plan. Przekładał więc jedną ręką klocki, w drugiej trzymając tabliczkę czekolady, co chwilę podnosząc ją do już umazanych brązem ust.
Nagle poczuł lekki powiew na plecach. Klocki przesunęły się same. Duchy? Był już za duży, żeby wierzyć w takie pierdoły. Był na tyle duży, by wiedzieć, że gdy okno jest otwarte, przez pokój przelatuje wiatr. Podniósł się więc z podłogi, by zlikwidować przeciąg. Gdy podszedł do parapetu, zorientował się, że nie ma najmniejszej szczeliny mogącej przepuścić powietrze.
Kurczę – pomyślał pięciolatek. Wpatrując się w podwórko za oknem zaczął się zastanawiać, o co może chodzić, gdy kątem oka zauważył w szybie odbicie. Rozszerzonymi z przerażenia oczami wpatrywał się w oczy tego czegoś, co stało za nim. Obejrzał się, ale w pokoju nie było nikogo oprócz niego samego. Spojrzał znów w okno, zapominając przełknąć czekoladę, i w ostatniej chwili uchylił się przed ciosem. Od parapetu odłupał się spory kawałek, krawędzie dziwnie dymiły… Michał nie myślał o tym zbyt długo, jakaś niewidzialna siła rzuciła nim o ścianę. Spadłszy na podłogę, podniósł wzrok, i znów w ostatniej chwili uskoczył. Tym razem już widział – w pokoju był ktoś, lub coś. Może duch. Może demon. Może wielki człowieko-kameleon. Powietrze delikatnie drgało, co sygnalizowało obecność dziwnego bytu. Michał uprzytomnił sobie, że ciągle nie połknął czekolady, która już całkowicie się rozpuściła, i z całej siły wypluł maź w kierunku stwora. Teraz już nie był całkowicie niewidoczny, łatwiej było przed nim uciekać. Ale ten nie zamierzał pozwolić chłopcu uciec. Chwycił go niewidzialną ręką za gardło, podniósł ramię drugiej ręki, widocznej za sprawą czekolady, ku górze, zamachnął się, i…

***

Nie trafił – pomyślał Michał. – Nie trafił. Po co się tak ze mną wtedy cackał?

***

Do pokoju wpadły obie ciotki, zaalarmowane przez hałas w pokoju dziecka. Stwór, wytrącony z równowagi przez nagłe odwiedziny, nie trafił zapewne tam, gdzie chciał. Wydając odgłos podobny do walenia się całego masywu górskiego zmienił więc w kłąb ognia i, wybiwszy szybę, przeleciał przez podwórko i zniknął w oddali.

Wrzeszczącemu w niebogłosy dziecku krew buchała z lewego przedramienia. Z miejsca, w którym od chwili swego urodzenia miał dziwną bliznę.

Share This:

No Comments

Leave a Comment