2.3

Obie ciotki przez moment nie mogły otrząsnąć się z szoku. Krótki moment. Aurelia w ułamku sekundy wzięła Michała na ręce, przycisnęła dłonią ranę, wrzasnęła do przyjaciółki: „Przynieś jakąś szmatę i dzwoń po karetkę!”
Okazało się, że szmata nie była potrzebna. Rana zasklepiła się błyskawicznie, być może ręka, mająca zatamować krwotok, trafiła już na zregenerowaną tkankę. Pozostało tylko sporo krwi…

Mimo wszystko Aurelia udała się z Michałkiem do szpitala. Tak na wszelki wypadek. Lekarz dyżurujący obejrzał rękę malca, jednak nie zauważył niczego godnego uwagi, poza dziwną blizną, rzecz jasna. Poklepał małego pacjenta po główce, ciotkę zapytał, czy nie przepisać jej środków uspokajających. Na ukojenie nerwów. Nie widział innej przyczyny bytności tej dwójki w szpitalu, niż delikatne szaleństwo paniusi, którą pewnie dopadł kryzys wieku średniego. Nie widział jednak większych powodów, by zgłaszać to opiece społecznej.

Po wyjściu ze szpitala chłopiec i jego opiekunka skierowali swoje kroki w stronę komisariatu policji. Trzeba przecież zgłosić włamanie. I usiłowanie morderstwa.
Kobieta przyjmująca zgłoszenie zapytała, czy byli w szpitalu na obdukcji. Usłyszawszy, że lekarz nie znalazł nic sugerującego napad wzruszyła ramionami i zapewniła, że wyśle funkcjonariuszy, by zbadali mieszkanie.
W poczuciu beznadziei Aurelia skierowała się w ostatnie miejsce, gdzie, wedle swoich przekonań, mogłaby szukać pomocy. Do kościoła.

***

Jak trwoga, to do Boga… – pomyślał z krzywym uśmiechem Michał. – Ciotka nigdy nie zaprowadziła mnie do kościoła. Podobno moja matka była religijna. Wierząca. I podobno to właśnie dzięki tej jej wierze żyję.
Stwór parsknął, czym zwrócił na siebie uwagę Michała. Natychmiast przepraszająco skinął głową, jednocześnie unosząc rękę. Po chwili wstał, przeciągnął się, aż chrupnęły kości, i nieśpiesznie odszedł od ogniska.
Idzie sobie na spacer… jakby się nudził… jakby się w ogóle nie bał… ale przecież może zginąć tak samo jak my wszyscy – chłopak ciągle, choć znał spacerowicza od dość dawna, dziwił się jego stosunkowi do rzeczywistości. Fakt, zdawał się nie bać niczego. Zdawał się również lekceważyć wszelkie niebezpieczeństwa, tak jak i życie współtowarzyszy. Jedynie o niego, Michała, troszczył się jak o syna… lub brata. Co do tego chłopak miał pewność. I nie raz otrzymał już tego potwierdzenie.

***

Trzymając swojego wychowanka za rękę Aurelia stała niezdecydowana przed plebanią, wielkim budynkiem z pięknie zdobioną fasadą. Płaskorzeźby, kolumny, wielkie okna… drzwi wejściowe były okolone przepięknie zdobionym portalem. Spojrzała w bok, na kościół. Smętnie wyglądający budynek, którego mury nie były czyszczone chyba od dekady… albo i dłużej. Witraże również pamiętały lepsze czasy. Przypomniała sobie artykuł z lokalnej gazety sprzed kilkunastu lat. Rozpoczynał się dwoma zdjęciami – szopy z blachy falistej, zwieńczonej na dachu byle jak zbitym z desek krzyżem i przepięknej willi w nowoczesnym stylu. Pierwsze zdjęcie miało podpis „Oto Dom Boży”. Drugie zaś: „a to dom sługi Jego”. Artykuł traktował oczywiście o chciwości księży i dbałości o własne interesy z pominięciem tego, czym faktycznie powinni być zajęci. To, co miała przed oczami było przejaskrawioną wersją tamtego tekstu, tylko w formie wizualnej.
Między innymi ze względu na przywiązanie duchownych do dóbr doczesnych nigdy nie miała ochoty wiązać się bliżej z tą wspólnotą religijną.

Otrząsnąwszy się z zadumy weszła przez bramę, wykonaną na pewno przez artystę kowala, za zapewne niemałe pieniądze, weszła po schodach i wybrała na domofonie przycisk do pokoju księdza proboszcza. W jej opinii tylko najważniejszy człowiek w parafii mógł jej pomóc z czymś, co faktycznie wyglądało na dzieło sił nadprzyrodzonych.
Po drugiej stronie nikt nie podnosił słuchawki, więc zniecierpliwiona Aurelia zadzwoniła jeszcze trzy razy. Za każdym razem z większą irytacją. Kiedy w końcu postanowiła iść stamtąd w diabły, zza jej pleców odezwał się aksamitny głos…
– Mogę w czymś pomóc?
Głos ten, jak się okazało, należał do kapłana, który nie mógł być raczej proboszczem, którego Aurelia kojarzyła z widzenia, i który był jegomościem raczej korpulentnym, gdy tymczasem ten tutaj miał sylwetkę co najmniej atletyczną.
– Szczęść Boże – schodząc ze schodów wysapała kobieta. – Szukamy księdza proboszcza, potrzebujemy pomocy…
– Ależ ja również mogę pomóc – kapłan uśmiechnął się. Aurelia pomyślała, że gdyby nie był księdzem, a ona miała znów dziewiętnaście lat… – Jeśli oczywiście nie chodzi o sprawy finansowe, a duchowe.
– Duchowe, tak, jak najbardziej – speszona swoimi myślami Aurelia zarumieniła się. – Ale proboszcza, to znaczy księdza proboszcza, chciałam prosić o namiary na jakiegoś egzorcystę…
Duchowny spoważniał. Rozejrzał się dokoła, po czym rzucając krótkie: „zapraszam”, otworzył drzwi plebanii i wpuścił oboje do środka. Prowadząc krótkim korytarzem otworzył kolejne drzwi, przepuścił Aurelię i chłopca do pokoiku, rozejrzał się znów, po czym zamknął drzwi. Na klucz. Wyciągnął rękę w stronę oszołomionej nagłą zmianą w jego zachowaniu kobiety i rzekł:
– Bartłomiej, egzorcysta. Zdaje się, że możemy uniknąć, jakkolwiek to nie brzmi, pomocy tutejszego proboszcza.
– Aurelia – wyrzekła ciotka wyciągając rękę, którą Bartłomiej natychmiast ujął w swoją i ucałował. – A… a to mój podopieczny – wydusiła już z trudem coraz bardziej zarumieniona.

Egzorcysta patrzył chwilę na oboje nieobecnym wzrokiem, po czym zapytał co jest powodem tak pilnych poszukiwań.
– Właściwie to… – zacięła się Aurelia. Nagle zaczęła się bać, że Bartłomiej, tak nagle i zupełnym przypadkiem spotkany egzorcysta wyśmieje jej historię. Opowiedziała mu wszystko, a ten, wbrew jej obawom, ujął swój podbródek w dłoń i zamknąwszy oczy, zdawał się intensywnie myśleć.

***

Cztery ciemne postacie siedziały przy dogasającym ognisku. Im mniejszy stawał się płomień, tym jaśniejsze robiło się niebo. Piątego towarzysza nie było. Nie wrócił jeszcze ze spaceru. Michał postanowił zostać na miejscu do czasu aż ognisko całkiem zgaśnie. Przewidywał, że otrą się o brzask, więc będą musieli biegiem wracać do swojego dziennego schronienia. Nie zamierzał jednak zostawiać przyjaciela samego w lesie.
Ale mógłby się do cholery pośpieszyć…

***

Bartłomiej dokładnie obejrzał każdy kąt mieszkania Aurelii. Zajrzał też do toalety i łazienki. Nawet do szybów wentylacyjnych. Poproszona o pozostanie w mieszkaniu Jadzia przygotowywała kawę.
Kapłan w końcu opadł na fotel, wręcz osunął się, jakby był potwornie zmęczony. Zamknął oczy i przez chwilę głęboko oddychał.
– W tym mieszkaniu działo się coś złego – powiedział w końcu. – Wyczuwam jakieś… wibracje. Złe.
Jadwiga wyglądała na przerażoną. Michałek patrzył z zaciekawieniem na potężnego mężczyznę. Aurelia tłumiła szloch.
– Oczywiście mogę przeprowadzić egzorcyzm, zgodnie z regułami sztuki zatwierdzonymi przez Kościół katolicki. Czyli założę stułę, pochrzanię kilka formułek, popryskam święconą wodą, i tyle z tego będzie.
– Jest ksiądz… księdzem. Czy powinien ksiądz tak mówić? – zapytała Aurelia.
– Nie oszukujmy się – westchnął kapłan. – Kościół katolicki nie ma żadnej wielkiej mocy. To ludzie mają moc, jak to się mówi, wiara czyni cuda. Słowa wypowiedziane bez wiary nie mają wielkiej mocy. Ale to nie znaczy, że wiara zawsze może zdziałać cokolwiek. Mówiąc z wielką wiarą do kamienia „rozłup się” raczej nie liczcie na wielki efekt.
– Ale egzorcyzmy przecież przynoszą efekty.
– Nie zawsze. Nagłaśniane są najbardziej niebezpieczne przypadki opętań, no i wśród nich tylko te, które się powiodły. Próby upowszechnienia informacji o nieudanych akcjach są szybko tuszowane przez Kościół. Czasem prośbą, czasem groźbą. Czasem pieniędzmi. A czasem okazuje się, że niepowodzenie było wynikiem złej woli rodziny opętanej osoby, i ostatecznie diabeł ich zabrał. Co ciekawe, diabeł zabiera niewierne rodziny zawsze po przeciekach do prasy. Mściwy sukinsyn z tego diabła…
Kobiety zarumieniły się na dźwięk niezbyt cenzuralnego słowa. Bartłomiej jednak nie był zażenowany. Był za to zatroskany.
– Mogę omodlić mieszkanie, ale nie przewiduję wielkich efektów. Tu nie chodzi o rezydowanie demona w opętanym ciele. Tu demon jest wizytatorem, działa autonomicznie, być może wykonuje jakieś zadanie. Tak naprawdę cała katolicka demonologia jest o kant… stołu rozbić – tym razem kapłan powściągnął język. – Nie mamy zielonego pojęcia jaka jest struktura piekła, ani czy ono tak naprawdę istnieje. Wiara w niebo, piekło, Boga, to kwestia wiary. Wiara w siły nadprzyrodzone w ogóle to kwestia doświadczenia, a więc wiedzy. Wy tego doświadczyliście. I wiecie.
– Co możesz dla nas zrobić?
Bartłomiej wziął dwa łyki kawy, odłożył filiżankę na stolik, oparł się i zamknął oczy. Przez chwilę milczał.
– Jedyne co mogę zrobić, to zmierzyć się z agresorem. Muszę tu być, gdy zdarzy się kolejny atak. A przecież nie wprowadzę się do was…
– Dlaczego nie? – powiedziała szybko Aurelia. – To znaczy, jeśli miałoby to zwiększyć szanse na… konfrontację… to nie mam nic przeciwko.
Bartłomiej stłumił uśmiech. Wiedział, że podobał się kobietom. Ale miał też świadomość ślubów, które złożył. Celibat. Do śmierci.
– Skoczę tylko po jakieś ciuchy na zmianę. Nie wiem ile czasu będę wam siedział na głowie.
Na klatce schodowej minął się z księdzem z sąsiedniej parafii, który szedł w odwiedziny do swojej siostry. Mieszkała drzwi w drzwi z Aurelią. Bartłomiej szybkim krokiem skierował się w stronę domu parafialnego.

Share This:

No Comments

Leave a Comment