2.4

Bartłomiej pędem wracał z plebanii. Miał złe przeczucia. Intuicja nigdy go jeszcze nie zawiodła, jednak tym razem przeczucie dotyczyło księdza, z którym minął się wychodząc z bloku Aurelii. Czyżby działał razem z tym cholernym demonem?
– Mać tobie pierdoła! – wrzasnął kierowca przez otwarte okno samochodu. – Uważaj jak leziesz pierdolony klecho!
– Przepraszam! – odkrzyknął Bartłomiej i wbiegł z ulicy na chodnik.
Jeszcze tylko dwie przecznice, oby nic im się nie stało…

Drzwi klatki schodowej były otwarte na oścież, wokół było pełno ludzi. Spóźniłem się, pomyślał egzorcysta. Kilkanaście par przerażonych oczu wbiło wzrok w nadbiegającego księdza, który rzucił torbę podróżną sąsiadowi.
– Pilnuj!
Wbiegł po schodach i wpadł przez rozszarpane drzwi wejściowe do mieszkania Aurelii… wyczuł woń rozkładu.
– Aurelia! Michał! – krzyknął, po czym usłyszał jęki dobiegające z kuchni. Za zakrętem korytarza leżała Jadzia. W częściach. Bartłomiej nie zdążył zahamować i poślizgnął się na resztkach mózgu wpadając z impetem na lodówkę w kuchni. Na chwilę pociemniało mu w oczach, przez rozstępującą się czarną mgłę przed jego oczyma ujrzał kulącego się pięciolatka, w głębi kuchni zaś zakrwawioną Aurelię wymachującą kijem bejsbolowym… Skąd ona ma bejsbola? – przemknęło mu przez myśl.
To, co starała się odgonić kobieta, było księdzem. Tym samym, który szedł w odwiedziny. A jednak ledwie przypominał człowieka. Oczy miał zupełnie czarne, wokół nich sine obwódki, spalone rzęsy i włosy na głowie. Sutanna była przepalona w wielu miejscach, a z ust wydobywały się strużki czarnego dymu. Ujrzawszy egzorcystę potwór wyszczerzył w uśmiechu zęby, długie i ostre.
– Proszę proszę – głos demona grzmiał jak podziemny grzmot, otaczając Bartłomieja jak gęsty budyń. – Wygląda na to, że mamy gościa specjalnego.
Aurelia padła na ziemię, trzymając się za głowę. Rzuciła się na plecy, wywróciła oczy, tak że kapłan widział tylko przekrwione białka. Krew… krew sączyła się jej z nosa, uszu, ust, nawet oczu.
– Zostaw kobietę w spokoju!
Potwór zaśmiał się, od czego ściany budynku zadrżały.
– To strach tak nią ciska – z ciągle szerokim uśmiechem odrzekł demon. – Zmęczyła się kobiecina, to i kaszle.
– Mii…iiich…ichaaaałł… – wycharczała. – Ucieee…ka…aaj…
Potwór nagle rozwiał się w powietrzu, pozostała po nim jedynie czarna mgła. Aurelia wygięła się pod nienaturalnym kątem i przestała oddychać.
– Klecho, nie zapomniałeś o kimś? – fala dźwięku uderzyła Bartłomieja w plecy. Zatoczył się i upadł na podłogę, gęsto zroszoną jeszcze ciepłą krwią. Obrócił się w stronę opętanego księdza trzymającego Michała za włosy.
– Zostaw go, nakazuję ci zostawić chłopca w spokoju! – wrzasnął egzorcysta.
Potwór wyglądał na zdziwionego. Stał z szeroko otwartymi ustami i oczyma.
– Że co? – wydusił z siebie, razem z kilkoma obłoczkami dymu. – Co ty mi robisz? Nakazujesz?
Śmiech. Histeryczny śmiech. Uderzył Michała w głowę, tak że poleciał do przodu, w stronę Bartłomieja. Ten złapał chłopca, chroniąc go przed upadkiem, po czym wstał i stanął przed nim, chroniąc go przed ewentualnym atakiem potwora.
– Proszę proszę, klecha wykazał się odwagą i broni uciśnionych – pokiwał z ironicznym uznaniem demon. – Niebywałe. Nie używa standardowych kleszych słówek na opętanych ludzi, również godne uznania.
Stali teraz naprzeciwko siebie, człowiek i demon, poobijany egzorcysta i opętany ksiądz. Dobro i zło.
– Coś ci powiem, kleszko, zanim cię zabiję. Ten dzieciak już w chwili poczęcia zainteresował Pana Ciemności. Jednak wykazał się niebywałą odpornością. Albo to ta jego niewydarzona matka – potwór zaczął się rozpędzać, mówił coraz szybciej i coraz donośniej. – Widziałeś jego bliznę? To po czarnym sztylecie. Nikt tego jeszcze nie przeżył, a już na pewno nie płód. A jednak, ten bachor przeżył, urodził się nawet, i nie zdążył się wykrwawić, bo mamuśka dobiła targu z tym pierdolonym starcem! Życie za, kurwa, życie! Od pięciu lat próbuję gnojka zabić i zaciągnąć jego duszę na dół, i teraz w końcu musi mi się udać, a ty mi w tym nie przeszkodzisz.
Bartłomiej poczuł jak uginają się pod nim kolana. Nie ze strachu czy zmęczenia, wydawało mu się, że potrafi stawić czoła temu diabłu, nie z takimi się bił… a jednak jakaś siła przygniatała go do ziemi, jakby oplotły go ramiona niewidzialnego pająka…
– Nie z takimi się biłeś, co? – potwór powtórzył myśli egzorcysty. – Ja nie jestem byle kim. Ja nie jestem zwykłym złym duchem. Ja…
Egzorcysta przezwyciężył niemoc i stał teraz, wyprostowany i potężny, z dłońmi wyciągniętymi w kierunku demona. Oczy miał zamknięte, poruszał ustami, ni to modląc się, ni to wypowiadając zaklęcia.
– Nie uda ci się! – diabeł ruszył ku księdzu z dzikim rykiem, potężnym niczym kamienna lawina, i nagle odleciał do tyłu i wbił się w ścianę.
– NIEEEEEE!
Bartłomiej, ciągle z wyciągniętymi ramionami, szedł powoli w stronę unieruchomionego potwora, szepcząc coś pod nosem. Demon próbował się szamotać, ale wyglądało na to, że nie jest w stanie kiwnąć nawet palcem…

***

Głupi, okrutny żart, pomyślał Michał. To jak dać nadzieję skazańcowi, którego ma się zaraz stracić. Zdjąć mu pętlę z szyi i pozwolić zejść schodami z szafotu, by u dołu poderżnąć mu znienacka gardło…
Ryk, potężny, jakby spod ziemi. Trzask gałęzi, tupot mocnych nóg. Spomiędzy drzew wypadł spacerowicz. Czas już był najwyższy, słońce wschodziło… Stwór pędził na złamanie karku, a za nim wypadł z lasu potężny dzik. Michał chwycił karabin, podniósł do ramienia, wycelował i nacisnął spust. Pocisk wbił się zwierzęciu w oko, dzik wykonał ostatni skok i już na pysku dojechał do ogniska, szorując po podłożu.
– Chodu, do jaskini. Po mięso wrócimy wieczorem! – krzyknął Michał i puścił się pędem w stronę schronienia.
Wstawał dzień. Robiło się niebezpiecznie.

***

Egzorcysta był już przy potworze. Wyciągnięte ręce położył mu na głowie, a ten zaryczał potwornie.
– Pierdol się, ty i cała twoja kurwa mać religia! Umrzesz w bólu, skurwysynu! – wrzeszczał demon.
– Duchu nieczysty, nakazuję ci opuścić ciało tego człowieka. Odejdź, i nie nastawaj więcej na życie tego chłopca. Nakazuję…
Demon parsknął śmiechem. Wstał i wyprostował się. Bartłomiej z przerażeniem wymalowanym na białej twarzy cofnął się o kilka kroków.
– To twoje nakazywanie bardzo mnie bawi, wiesz? – zaśmiał się opętany ksiądz, szczerząc kły.
Dłoń uzbrojona w szpony przecięła powietrze i ręce egzorcysty, który padł na wznak. Gdy dotarło do niego, że jego przedramiona leżą pół metra przed nim a on sam sika krwią z kikutów, zaczął przeraźliwie wrzeszczeć.
– Hmm… ja chyba przed chwilą mówiłem, że umrzesz w bólu, prawda? – posłał kapłanowi całusa i skierował powolny krok ku przerażonemu Michałowi. Stanąwszy nad nim odetchnął głęboko, straszliwie wykręcona twarz skrzywiła się w dziwnym grymasie, który miał być chyba uśmiechem ulgi.
– No, kończmy to, chłopcze. Nic do ciebie nie mam, ale sam rozumiesz, na wojnie trzeba wypełniać rozkazy – kucnął, by przyjrzeć się dziecku z bliska. – A ta wojna…
Przerwał mu Bartłomiej. Ciągle wrzeszcząc, by nie przyciągać uwagi potwora milczeniem, rzucił się na niego od tyłu i chciał dusić kikutami, które jednak były za krótkie. Diabeł wstał, westchnął z rezygnacją i strząsnął księdza z grzbietu. Gdy się odwrócił, stali chwilę twarzą w twarz. Opętana, siny ksiądz i blady, wykrzywiony bólem i wściekłością egzorcysta.
– Ty… – Bartłomiej nie dokończył. Poczuł potworny ucisk w płucach. Spojrzał w dół, na ramię potwora wbite w klatkę piersiową. Czuł, że z ust płynie mu krew. Pociemniało mu w oczach. Ostatnie, co poczuł, to potężne uderzenie tyłem głowy, w ścianę, albo w podłogę. Ostatnie, co usłyszał, to słowa demona:
– Nie ma nagrody ani kary. Nie pójdziesz do nieba, bo byłeś dobry. Nie ma nieba, nie ma piekła. Jest tylko wasz Bóg, Jehowa, i jest nasz Pan Ciemności, Lucyfer, który niósł światło, ale zostało mu ono odebrane. To jest wojna. Jehowa kontra Lucyfer. To, co jest po śmierci, to wojna. Wojna dusz. Jeszcze się spotkamy. W niematerialnym świecie. Ty kutasie.
Ostatniego słowa Bartłomiej już nie usłyszał. Zapadł w ciemność.
Diabeł odwrócił się do chłopca, ale jego już tam nie było.
– KURWA! – wrzasnął. Uspokoił się szybko i skoncentrował. Uśmiechnął ohydnie. Do kuchni wszedł policjant…
– Stać! – głos mu drżał. – Nie ruszaj się, bo strzelam!
– A strzelaj sobie, jeśli wola.
Siny ksiądz ruszył w stronę stróża prawa, wstrząsany co chwilę siłą wbijanych w ciało pocisków.

***

– I co, znalazłeś coś na spacerku, dziwolągu?
Michał spojrzał groźnie na Gabriela. Cóż za ironiczne imię, pomyślał. Nie chciał komentować wydarzeń. W końcu nic wielkiego się nie stało. Jednak Gabriel musiał jakoś odreagować stres. Dla niego i jego brata ta cała misja była bardzo niszczycielska pod względem psychicznym i emocjonalnym. Fizycznie byli silniejsi od Michała.
– Gabryś, daj mu spokój – odezwał się Rafał. – Nikt nie zginął, straciliśmy tylko jeden nabój, a wieczorem będziemy mieć pełno mięsa.
– O ile te drapieżniki coś nam zostawią.
Gabriel, Rafał i ja. Ironia Boga i Szatana.
Gabriel zacisnął zęby, ale po chwili znów się odezwał.
– Kurwa mać, ten jebany transport miał tu być tydzień temu. Jemy to, co raczy nas zaatakować, amunicji jest mało, a woda, którą pijemy może być skażona. I jeszcze ten pierdolony Mef chodzi sobie do lasu na spacerki! – Jego głos odbijał się wzmocniony od chropowatych ścian jaskini.
Stwór, do tej pory milczący, wbił wzrok w krzykacza.
– Prosiłem, i to nie raz, żebyś nie używał tego imienia. Drażni mnie.
– Było poprosić matkę o inne, cudaku!
Oczy Mefa o źrenicach pionowych jak u kota nagle rozszerzyły się i zrobiły czarne. Stwór wstał. Michał chciał go powstrzymać, ale machnął ręką i przytulił Erikę. Po chwili Gabriel miał podbite oko i zaciśnięte gniewem usta, a Mef – święty spokój.
– Me… słuchaj, byłoby nam wygodniej, gdybyś pozwolił nam jakoś cię nazywać – łagodnie odezwał się Rafał. – Sam wymyśl sobie imię, takie, żeby się się podobało.
– Jak wymyślę, to wam powiem. Mefa wymyśliłem na szybko, właśnie z tego powodu, ale zaczęło mnie wkurwiać – odparł stwór.
– To nie jest twoje prawdziwe imię?
– O ile nagle słowa nie zmieniły swojego znaczenia, to właśnie to powiedziałem.
– A jakie jest twoje prawdziwe imię? – dopytywał się Rafał.
– Twój aparat mowy nie jest w stanie tego wymówić.
Zapadła cisza, mącona jedynie trzaskiem ogniska.
– Dobra, panowie i panie, trzeba się przespać – rzucił Michał. – Biorę pierwszą wartę.

***

Policjant wyszedł z mieszkania na klatkę schodową. Michał siedział na podłodze, wtulony w starszą sąsiadkę. Stróż prawa podszedł do nich.
– Chłopcze, musimy jechać na komisariat. Trzeba złożyć zeznania.
Kobieta spojrzała na niego z przyganą.
– Nie widzi pan, że dzieciak jest przerażony? Jedzie tu już karetka. Potrzebny mu lekarz, psycholog i spokój.
– Droga obywatelko, w jego mieszkaniu dokonano kilku morderstw ze szczególnym okrucieństwem, to jest jedyny świadek – odparł zniecierpliwiony mężczyzna.
– Ale panie władzo, niech pan będzie człowiekiem… gdzie ma pan pistolet?
Spojrzał na kaburę. Była pusta. Zaklął pod nosem.
– Kobieto, dawaj dzieciaka – warknął, a jego oczy nagle poczerniały.
– Ratunku! To diabeł jakiś, sza… – urwała, gdy policjant podniósł ją za szyję na wysokość wzroku.
W tym samym momencie Michał zerwał się z ziemi i wybiegł na ulicę. Ciało policjanta osunęło się bezwładnie na ziemię, chlustając wokoło krwią ze wszystkich otworów ciała, a z jego ust wystrzelił czarny obłok dymu i pomknął za chłopcem.
Michał biegł ile sił w nogach. Nie wiedział dokąd. Ksiądz chciał go zabić, policjant chce go zabić, więc kościół i komisariat odpadają. Jego jedyna opiekunka nie żyje. Jest sam, i…
– Ty mała wredna mendo – zasyczał demon, materializując się na drodze chłopca, który stanął jak wryty. – Kończymy zabawę.
Michał stał jak sparaliżowany. Widział czarną dłoń, poprzecinaną bruzdami, w których płonął ogień, ostre jak brzytwa szpony, które wyciągały się w kierunku jego twarzy… Wyciągnął swoje drobne, dziecięce rączki, jakby chciał się zasłonić przed nieuchronnym, i nagle z tych malutkich, delikatnych dłoni wystrzeliły błyskawice.
Potwór ryknął wściekle, od jego wrzasku zatrzęsła się ziemia. Padł na kolana, spojrzał na chłopca z nienawiścią i rozsypał się w proch.

Share This:

No Comments

Leave a Comment