A może nad morze?

Byłem dzisiaj nad morzem. Pomyślałem sobie, że skoro jest już druga połowa kwietnia, i przy okazji podwójne urodziny, to mogę sobie zrobić urodzinowo-wiosenny spacer. Urodziny ma dziś moja była (dwudzieste siódme) i pewien niepozorny kurdupel z kwadratowym wąsem, niejaki Adolf H. vel. „Ja wam pokażę” (sto dwudzieste siódme). A druga połowa kwietnia to już miesiąc od rozpoczęcia wiosny. Więc nad morze.
Wiało jak jasna cholera. Całe szczęście, że nie ubrałem krótkich spodni. Kiedyś to się szpanowało łydkami, bo i było czym. Był rok, że w krótkich spodniach chodziłem od wiosny do grudnia. Śnieg sypał, a ja w kurtce zimowej, glanach i krótkich spodniach w kratę, z których śmiała się Agnieszka W., że wyglądają jak piżama. Ale w te spodnie już się chyba nie wcisnę. I łydki już też nie te.
No więc stałem nad morzem, w długich spodniach, kurtce, szaliku i czapce. I w adidasach, takich biegowych. Kupiłem je dawno temu, bo miały amortyzację, a że mój ciężar źle wpływa na kolana, to amortyzacja bardzo dobrą rzeczą jest. No i amortyzacja się zdeptała już, a adidasy zostały. W kurtkę ledwo się wciskam. W sensie dopinam się ledwo, bo brzuch wielki jak pęcherz pławny Jabby. Szalik od Ukochanej, a czapka wyprana w zeszłym tygodniu, bo zaczęła już śmierdzieć od potu.
Stałem tak sobie i zastanawiałem się, co ja tu robię, nad tym morzem. Wieje, wilki wyją, słońce było, ale się schowało za chmurami, ponuro więc i szaro tak jakoś. I nagle słyszę głos.
– Schudłeś trochę, tłuściochu.
Spojrzałem w kierunku, z którego dotarły do mnie owe słowa, czyli w dół, pod nogi. Nie mogłem uwierzyć w to co zobaczyłem, ale musiałem, bo głos zabrzmiał znów.
– No i czego się gapisz. Od gapienia nie schudniesz więcej.
To gadał do mnie kamyk, taki mały wyślizgany falami kamyczek. W zasadzie bardziej niż to, że gada do mnie kamyk, dziwiło mnie, skąd do jasnej cholery wie, że schudłem? Bo schudłem. Trochę.
– Kamyczku, my się znamy? – zapytałem.
Spojrzał na mnie jakoś tak dziwnie, jakby chciał mi powiedzieć coś niemiłego, ale jakimś nadludzkim, czy raczej nadkamyczym wysiłkiem woli się powstrzymywał.
– Gnoju ty, pięć lat temu i miesiąc jeszcze deptałeś mnie pierwszego dnia wiosny – odpowiedział mi w końcu – jak żeś tu przylazł z dwiema koleżankami. Nogi sobie moczyłeś, mendo ty jedna, te śmierdzące, buty żeś zdjął, skarpety sztywne od potu i smrodu wsadziłeś do środka i do wody wlazłeś, i deptałeś mnie, trąbo ty jerychońska, jak żeś w miejscu skakał, bo woda zimna. We wodzie byłem, wcisnąłżeś mnie głębiej, żebym się piaskiem zadusił, a potem mnie fala wymyła na morze. I zmniejszyłem się – zawył kamyczek żałośnie – kurwa taka twoja mać, taki duży byłem jak twój ten paluch śmierdzący w bucie capiącym, a teraz jak paznokieć małego!
Nie do wiary. Kamyczek faktycznie mnie znał. I zauważył, że schudłem. Miło mi się zrobiło, nie powiem, ale wszystko zepsuł kolejny głos, który wtrynił się do rozmowy.
– Jakie tam schudł. Przytył, świniak olejem pojony.
Ugięły się pode mną nogi. Kopnął mnie niesamowity zaszczyt, albowiem samo morze zechciało się wypowiedzieć na mój temat. Co dziwne, nie szumiało falami, a mówiło głębokim basem.
– Jak ty mówisz, morze? – zapytałem.
– Nijak – odpowiedziało.
Smutno mi się jednak zrobiło. Postanowiłem to olać i wrócić do domu, bo wiało coraz mocniej, a moi rozmówcy nie zdawali się być zachwyceni moją obecnością.
Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Nie zważając na protesty morza, rozpiąłem rozporek i wysikałem się do niego. Mocząc w nim moje tłuste i przepocone stopy. Buty zdjąłem chwilę wcześniej i położyłem je na kamyczku. Niech sobie skurwiel nie myśli, że ujdą mu płazem te obelgi.
Morze pieniło się i burzyło, zaprawdę nie wiem, z wściekłości li to czy od mojego moczu, bo gęsty był jak masa krówkowa. Postanowiłem nie pić w domu zbyt wiele, co by mnie nie pędziło do sikania na spacerze, no ale jak widać i tak się przed tym nie uchroniłem.
– Ty chuju złamany, ty kurwo niemyta! – wrzeszczało morze. – Dom ci spalę, żonę zgwałcę, kutasie drętwy!
– Nie mam żony – odparłem i odwróciłem się, żeby założyć buty.
– Ty tłusta gnido, jeszcze mnie popamiętasz! – piszczał wściekle kamyczek. Wziąłem go do ręki, obejrzałem. Był mały, gładki i nawet lekko połyskiwał. I ciągle skrzeczał: – Chuju ty gruby i krótki, mordę ci urwęęęęęę….!
Poleciał do morza. Nie na darmo w podstawówce chodziłem na czwartki lekkoatletyczne. Rzucałem tam piłeczką palantową. Nie miałem, co prawda, żadnych wielkich wyników ani rekordów, sama konkurencja była żałosna w porównaniu z prawdziwą lekkoatletyką, no i co to za nazwa – piłeczka palantowa! Ale rzut trochę wyćwiczyłem. Po podstawówce ćwiczyłem dłoń w inny sposób.
Tak czy inaczej kamyczek z wizgiem poleciał do morza. Za kolejne pięć lat będzie pewnie rozmiarów główki od szpilki, i już go nie usłyszę, jak będę go deptał.
A będzie wrzeszczał na pewno. W końcu kto by się nie wkurwił, gdyby jakiś grubas wrzucił go do morskiego roztworu własnego moczu?

Share This:

No Comments

Leave a Comment