A może to nie burak?

– Dlaczego nie pytasz jak się czuję?

– A jak się czujesz?

– Lepiej nie pytaj…

 

To, że nie pytam, co u ciebie, niekoniecznie oznacza, że cię nie lubię.

Czasami oznacza to, że po prostu mam to w dupie.

Wiem, że czasami dużo gadam. Dużo gadam o sobie, o tym, co się u mnie ostatnio wydarzyło, kogo spotkałem, o czym z nim gadałem, jakie miałem przemyślenia. Mówię o tym, co dotyczy mnie, nie pytając, co się działo w życiu mojego rozmówcy. Być może wyjebane mam na to, bo liczę się tylko ja.

A może

nie chcę się narzucać

Tak, to stwierdzenie straszliwie irytowało moją… hmm… znajomą. Irytowało też ją to, że nie dzwoniłem, nie proponowałem spacerów, jakichś wspólnych wypadów, spotkań. Chociaż… wydaje mi się, że wschody słońca wynikały głównie z mojej inicjatywy. Tak czy ptak, reagowała alergicznie na moje „niechcenie narzucania się”. A ja już po prostu taki jestem.

Bardzo często chcę uniknąć sytuacji krępujących rozmówcę. Gdy na pytanie „co u ciebie”, lub też nieco bardziej szczegółowe, mogą odpowiedzieć tylko „nie chcę o tym mówić”, wiem, że dotknąłem czułej struny. I wtedy już dwie osoby są skrępowane. Dlatego wolę gadać o sobie, albo nie gadać wcale.

Ale jeśli cię, drogi mój rozmówco, denerwuje mój pozorny brak zainteresowania twoją osobą, proszę, nie przypierdalaj się o to. Po prostu mów, co chcesz mi powiedzieć. Opowiedz o swoim dniu, o swoich doświadczeniach, o tym, co chcesz wygadać. Człowiek czasami po prostu musi wypierdolić z siebie coś, co w nim kiśnie, choćby to było zwykłe spotkanie żula na chodniku. Bywa, że takie gówniane i nic nie znaczące incydenty z jakichś przyczyn siedzą nam w głowie, i musimy, po prostu MUSIMY komuś o nich powiedzieć. A dlaczego tak się dzieje, niech się zastanawiają filozofowie i psychiatrzy.

Ale czy gadając tyle o sobie, nie narzucam się właśnie? Podczas wypowiadania kolejnych zdań staram się obserwować słuchaczy, i kiedy słuchaczami być przestają – kończę. A czasem słuchają, i gdy kończę mimo wszystko, bo więcej już nie mam do powiedzenia, dalej patrzą, jakby oczekiwali, że powiem coś jeszcze. I ja czekam, bo może oni chcą coś powiedzieć. Gdy milczenie się przedłuża, mimo woli zaczynam gadać znów. Aż w końcu coś nagłego nie przerwie monologu.

Coś nagłego, jak przybycie kolejnej osoby, klakson, alarm czy deszcz, coś, co wyrywa nas z relacji mówienie-słuchanie, co sprawia, że czuję, że większość mojej gadaniny, tak nagle przerwanej, była narzucaniem się właśnie.

Zapada cisza, i po pewnym czasie mój rozmówca, chcąc ratować rozmowę, tak jakby od jej ratowania zależała przyszłość cywilizacji, zaczyna gadać.

Zazwyczaj zaczyna pierdolić jakieś farmazony, które w ogóle mnie nie interesują, albo na których słuchanie nie mam już ochoty, bo przez owo nagłe zdarzenie i następujące po nim milczenie zacząłem zajmować się czymś innym. Na przykład odmóżdżającymi grami w telefonie. Albo, również w telefonie, newsami z gównoserwisów.

I wówczas obaj, rozmówca i ja, albo rozmówca i jego rozmówca, czyli wciąż ja, lub rozmówczyni, wówczas oboje, znajdujemy się w sytuacji, która jest stresująca przynajmniej dla jednego z nas.

Bo jedno gada, a drugie niekoniecznie chce tego słuchać.

I głowę dam, że to samo działo się pięć minut wcześniej, tylko role były odwrócone.

Czy to właśnie czyni mnie burakiem?

Share This:

No Comments

Leave a Comment