Bez przedawnienia

Bez przedawnienia Sięgnąłem po film, bo chciałem coś obejrzeć do kurczaka. Jakieś nudziarstwo, jakiś proces sądowy, tym razem w wojsku, o jakieś morderstwo w jakiejś wiosce w jakimś kraju gdzieś tam na zadupiu świata… Okazuje się jednak, że twórcy postanowili zrobić widza w wała kilkukrotnie. Oto padło oskarżenie o dziewięciokrotne morderstwo przeciwko mężowi pani adwokat, przy czym okazało się, że nie zna ona przeszłości swojego lubego, gdyż ten zwyczajnie ją ukrył (przeszłość, nie żonę – i metaforycznie, a nie w szafie). On oczywiście przyznaje się do winy ukrycia swojego prawdziwego JA (tłumacząc to dobrem ich związku), a do morderstwa się nie przyznaje. Padają dowody, kontrdowody i kontrkontrdowody. Sędzia wydaje się stronniczy. Raz jesteśmy sercem za niesłusznie (a jakże!) oskarżonym, a za chwilę chcemy jego zguby.

Ostatecznie okazuje się to, co zobaczycie w filmie, jeśli go zobaczycie. Film wzięty na kurczaka okazał się wartym obgryzienia paznokcia. I drugiego też.

Pomijając wszelkie kwestie aktorstwa, o których nie chce mi się pisać, napomknę o szczerych łzach Caviezela (Jezus też był niewinny!) i genialnej kreacji Morgana Freemana, z kolczykiem w uchu i kalendarzem abstynencji w dłoni.

Polecam.

Share This:

No Comments

Leave a Comment