Bilet

Na zadupiu świata stał przystanek. Byłby kolejowy, gdyby zatrzymywał się tam pociąg. Ale to nie był pociąg. Nowość nad nowości, zwłaszcza na krańcu cywilizowanego świata. Szynobus. Spalinowy pojazd zaadaptowany do torów kolejowych, bez konieczności wpinania się w elektryczną sieć trakcyjną, co byłoby dość trudne, gdyż wszelkie druty zostały podwędzone przez miejscowych złomiarzy lata wstecz. Państwowy Zakład Kolei uznał, że podwieszanie oprzyrządowania jest nieopłacalne, więc po prostu zlikwidowano przejazdy przez wioskę o dźwięcznej nazwie: Kiełbowa Buda.
Gdy na horyzoncie pojawił się prywatny przewoźnik, rada wsi zgłosiła się do niego z zapytaniem, czyby nie przepuścił trasy przez Budę. Udało się. Przystanek wprawdzie dalej straszył dziurawym dachem i odrapanymi ścianami, ale przynajmniej można było z niego dokądś odjechać.
Z takim zamiarem na czymś, co udawało peron, stało dwoje ludzi. Młodych, ale nie aż tak, żeby nie mogli podróżować bez opieki. Chłopak i dziewczyna, a biorąc pod uwagę wszelkie nowoczesne standardy i nomenklaturę, on był jej chłopakiem, a ona jego dziewczyną. Jak to zakochani, stali przytuleni do siebie, w oczekiwaniu na pojazd.
Zamiarem dwójki młodych ludzi była wycieczka do miasta znajdującego się na końcu trasy tej nitki prywatnej szynobusiarni, która przejeżdżała przez ich wioskę. Stwierdzili, iż od czasu do czasu wypada pojechać poobracać się wśród ludzi, jak to się ostatnimi czasy popularnie mówiło, „miastowych”. W miastach ludzie są piękni, wystrojeni, kulturalni, wykształceni. W miastach są kina, teatry, markety. W miastach są centra rozrywki. W miastach są ochy i achy. W miastach nie trzeba doić krów, ścigać prosiaków, zbierać jaj. Miasta są cudowne.
Więc oni się do miasta wybierali.

Szynopojazd przyjechał o czasie, znaczy się o godzinie dziewiątej minut piętnaście, przed południem. Młodzi weszli na pokład, wpuszczeni przez automatyczne drzwi. Z zewnątrz mechaniczny dyliżans wyglądał jak kanciasta parówka, w różnych odcieniach błękitu i zieleni. W środku z parówką skojarzeń nie było, siedzenia były obite miękkim materiałem, pod którym było coś jeszcze bardziej miękkiego. Elektroniczne wyświetlacze informowały o aktualnej godzinie, stacji obecnej i następnej w kolejności. Wielkie okna umożliwiały podziwianie widoków podczas jazdy. Parka byłaby zdziwiona, gdyby jechała czymś takim pierwszy raz. Ale to nie był ich pierwszy raz. Nawet nie drugi. Od czasu do czasu, jak było wspomniane, jeździli do ludzi.

Jako, że na wsi kas biletowych stawiać sensu nie ma, mieszkańcy Kiełbowej Budy bilety kupowali u kierownika pojazdu, który, nieco ironicznie zapewne, nazywał się „kierownikiem pociągu”. Kolejka była dość spora, gdyż dość sporo ludzi wyjeżdżało rano z wioski. Wszyscy, oprócz pary młodych, do pracy w którymś z miast na trasie szynobusu.
Chłopaczek rozpoczął dialog, w którym po raz pierwszy padły imiona obojga:
– Idź, Anielo, zajmij nam miejsca z tyłu. Ja stanę w kolejce po bilet.
– Dobrze Maurycku. Wracaj szybko.
Uśmiechnęli się do siebie. Ona cmoknęła go w policzek. On ścisnął jej rękę. Każde poszło w swoją stronę. Aniela obejrzała się za siebie, by popatrzeć na Maurycego stojącego w kolejce. Po kilku krokach korytarz lekko zakręcał, a ostatnie wolne miejsca z tyłu ustawione były tak, że nie miała możliwości obserwować swojego ukochanego. Siadła więc i położyła torebkę na miejscu obok.
– Zajęte. – powiedziała z przepraszającym uśmiechem do faceta, który przyszedłszy tu za nią, chciał usiąść na miejscu okupowanym przez przypisany płci pięknej element garderoby.
Facet mruknął coś i zawrócił.
Szynobus ruszył.

Proszę przygotować bilety do kontroli – zabrzmiało z głośników. Współpasażerowie Anieli zaczęli wyciągać papierki z kieszeni, portfeli, niektórzy nawet ze skarpet. Dziewczyna zaczęła zastanawiać się, jak można cokolwiek trzymać w skarpecie…przecież to takie niewygodne… Sama nosiła tak zwane „oszczędnościówki”, skarpetki, które kończyły się poniżej kostek. Schować cokolwiek było tam niepodobna. A już zwłaszcza bilet na szynobus.

Konduktor doszedł w końcu na koniec pojazdu. Gdy poprosił Anielę o bilet, ta uśmiechnęła się bezradnie i rzekła:
– Mój chłopak poszedł kupić bilet, jeszcze nie wrócił.
Konduktor, którego posturze daleko było do zasługiwania na miano szczupłej, pokręcił gęstymi wąsiskami i westchnąwszy odparł:
– Faktycznie, była tam dość spora kolejka. Przyjdę w następnym etapie.
Następny etap, czyli odcinek wymagający ponownego sprawdzania biletów, zaczynał się za dworcem kolejowym w Psiej Dziurze, największym mieście w powiecie. Do dworca owego było jeszcze kilka stacji, niemniej Aniela zaczęła się już trochę niepokoić nieobecnością Maurycego. Pomysł pójścia do niego szybko jednak odrzuciła, gdyż, jak stwierdziła w myślach, „na pewno jest jakiś powód tego, że jeszcze nie przyszedł”. I faktycznie, jeden z nowoprzybyłych na tyły szynobusu pasażerów, który wcześniej od Maurycego stanął w kolejce, sarknął dobitnie i donośnie: „Reszty, kurwa, nie miała jak wydać, franca jedna”, czym wywołał oburzenie wśród starszej części pasażerów, a rozbawienie wśród młodszej. Aniela poczuła jak rumieńce wypełzają jej na policzki, nie nawykła wszak do obcowania z tak prostackim słownictwem.
Jej rozmyślania o braku kultury w społeczeństwie przerwał widok wulgarnego pasażera zataczającego się i padającego na kolana. Przez ułamek sekundy pomyślała: „Pewnie jest pijany…”, ale inni pasażerowie również zaczęli się przewracać, niektórzy wypadli z miejsc siedzących, w końcu, po kolejnych ułamkach kolejnej sekundy szarpnęło i Anielą. Zauważyła wtedy, że niebo za oknami jest zupełnie czarne… chwilę później spostrzegła, że to nie niebo, a chmury. Skłębione, czarne i ciężkie chmurzyska, zawieszone nisko nad ziemią. Wiatr kołysał wagonem, kołysał nim niebezpiecznie, słychać było piski kół pod złym kątem naciskających na tory…
Drzewa łamały się pod naporem szalejących strumieni powietrza, inne wypadały…tak, wypadały z ziemi razem z korzeniami. Nagle cały świat utonął w ciemnoniebieskiej poświacie… to gdzieś obok uderzył piorun. Ciemnoniebieski, nie biały, lub bladobłękitny, tak jak zwykły piorun… Naokoło rozszalała się potworna burza, błyskawice uderzały seriami, po kilkanaście, wszędzie naokoło latały drzewa, kawałki ziemi, ściany domów… Szynobus jakimś cudem jechał ciągle po torach, nie wypadł z nich, mimo, że kołysało nim niemiłosiernie.
– MAURYCY!!! – rozdarła się Aniela, wrzask jednak utonął w krzyku współpasażerów. Rozpętała się panika, ludzie wrzeszczeli, płakali, trzymali się kurczowo poręczy, siedzeń, nie próbowali wstawać z podłogi, gdyż groziło to ponownym upadkiem.
Zabłąkany piorun uderzył w szybę, roztrzaskując ją w drobny mak i zmieniając reling w syczącą breję. Gdzieś za oknem szybowała owca…

Nagle wszystko ucichło. Zrobiło się jasno, jak za dnia. Był dzień. Jasny i bezchmurny.
Aniela nie mogła wykrztusić słowa. Większość jej współpasażerów była chyba w szoku, gdyż siedzieli na swoich miejscach, lub stali, trzymając się uchwytów, również w milczeniu. Nieliczni rozglądali się panicznie, szepcząc coś w stylu: „Kurwa, co to miało być?”

Szynobus jechał. Aniela poczuła parcie na pęcherz, więc błyskawicznie pobiegła do toalety. Załatwiając potrzebę, usłyszała z głośników znajome Proszę przygotować bilety do kontroli. Maurycy powinien już wrócić…chociaż cały ten burzowy bałagan mógł opóźnić sprzedaż biletów.
Dziewczyna wróciła na swoje miejsce. Konduktor, który sprawdzał bilety był szczupły. Widocznie wymienili się na którejś ze stacji. Gdy podszedł do końca wagonu i poprosił Anielę o bilet, ta powtórzyła mu to samo, co powiedziała grubemu. Szczupły zdziwił się niezmiernie unosząc brwi.
– Panienko, jaki chłopak, jaka kolejka? Tam nikt nie stoi.
Aniela zamarła.
– Ale…wsiedliśmy w Kiełbowej Budzie, była kolejka po bilety…ja usiadłam tutaj i czekałam na niego… tamten poprzedni pan konduktor, ten…ten gruby widział, że tam była kolejka…
Szczupły zdumiał się jeszcze bardziej.
– Panienko… – przerwała mu odtrącając go i biegnąc do przodu szynobusu. Zatrzymała się spanikowana. Faktycznie, nie było żadnej kolejki po bilety.
– Panienko… podjeżdżamy dopiero do trzeciej stacji, wszyscy pasażerowie to panience potwierdzą. Nie było tu innego konduktora, zwłaszcza grubego. Poza tym…
Aniela w ułamku sekundy rozejrzała się wokół siebie, spojrzała przez okna. Wokół nie było łąk, z jednej strony była szeroka rzeka, z drugiej gęsty las. Siedzenia szynobusu miały inną barwę…i nie były miękkie, tylko plastikowe.
-…poza tym, nie wiem o jakiej budzie panienka mówiła, ale wyjechaliśmy z Drabinowa i po drodze żadnej budy nie mijaliśmy.

Maurycego nie było. Nie było po nim śladu.
Aniela osunęła się na ziemię i zemdlała.

Share This:

No Comments

Leave a Comment