Chrzanić polską służbę zdrowia

Od pewnego czasu mam przyjemność otrzymywać zastrzyki z trawy.

Zanim jednak zaczniecie wzywać na WordPressa prokuraturę, wyjaśnię: chodzi o odczulające zastrzyki z trawy. Zdziwieni?

Tak, to tak można!

Skoro wszyscy wiedzą, że szczepionki to zło, podzielę się moją tragiczną historią…

No dobra, może nie tragiczną, ale wkurwiającą.

Mianowicie, ranka pewnego kolejny już raz czekałem w ośrodku zdrowia na lekarza…

Procedura wygląda tak: najpierw muszę wejść do lekarza. Ten musi mnie osłuchać, zapytać, czy się dobrze czuję, zrobić mini-wywiad zdrowotny i dopiero stwierdza, czy tego dnia mogę otrzymać szczepionkę z alergenem. Następnie dostaję wpis do dzienniczka odczulania i dopiero mogę iść do pielęgniarki, żeby mnie nakłuła. Potem 30 minut muszę odczekać na wypadek nieprzewidzianych negatywnych skutków iniekcji, wejść do pielęgniarki na kontrolę, czy wszystko gra, i do widzenia.

Tak to POWINNO wyglądać w praktyce.

Pewnego razu, uprzedzony po telefonie z ośrodka (dali znać w niedzielę wieczorem, a na strzały chodzę w poniedziałki) przyszedłem na odczulanko później. Powodem była absencja mojej pani doktor, miała mnie (i nie tylko oczywiście) więc obsłużyć inna lekarka od siedmiu alergologii, która zaczyna pracę po tej mojej.

Czekam więc, a za mną kolejka oczekujących się wydłuża, natomiast pół godziny po planowanym rozpoczęciu przyjmowania pacjentów pani doktor ani widu, ani słychu

Poczłapałem w końcu do kanciapy piguł z pytaniem, czy pani doktor zamierza się w ogóle dziś pojawić. Usłyszałem, że w zasadzie to powinna już od ponad pół godziny, i one nie wiedzą, dlaczego jej nie ma. I w ogóle to jak hehe przyjdzie to hehe będzie.

He he

Spytałem więc, jako że czas pracy mi uciekał coraz szybciej (przypominam, to był PONIEDZIAŁEK, a nie sobota), czy lekarz jest konieczny. Czuję się dobrze, co tydzień i tak wizyta w gabinecie lekarskim była tylko formalnością, bo jestem zdrów jak koń. NIE, bo takie są procedury, lekarz musi być, przystawić pieczątkę, zrobić wpisić w książeczce, bla bla bla.

No okej.

Pani doktor spóźniła się, bagatela, godzinę. I żeby było śmieszniej, nie osłuchiwała, nie przesłuchiwała, tylko na szybko zapytała, czy wszystko OK… i od razu wysłała mnie na zastrzyk.

Noo… okej…

Lekko wnerwiony odczekałem po zastrzyku swoje pół godziny i ruszyłem do gabinetu zabiegowego na kontrolę. W środku był jakiś pacjent, ale zabieg musiał być bardzo zabawny, bowiem przez drzwi słychać było śmiechy, chichoty i wszelkie oznaki wesołej konwersacji.

Czekałem sobie, aż uciekł mi autobus, i w końcu drzwi otworzyły się, pacjent wyszedł i mogłem wejść ja, by… podnieść rękaw i usłyszeć „wszystko okej, do widzenia”.

Czekałem na koniec podśmiechujek i przepuściłem autobus mogący lekko zniwelować moje spóźnienie do pracy tylko po to, by załatwić kontrolę pozastrzykową w TRZY SEKUNDY.

Do pracy spóźniłem się zamiast cotygodniowych trzech, to pięć godzin. I kto mi odda brakujące hajsy? Bo przecież nie NFZ…

Powtórka z rozrywki

Kolejna wizyta wyglądała podobnie. Z tą różnicą, że nikt nie zadzwonił i nie uprzedził, że mojej pani doktor nie będzie. Była tylko karteczka na drzwiach gabinetu z informacją, że pani doktor przyjmuje w innym budynku. Wkurwiony jak kelner w urodziny szefa kuchni poleciałem na drugi koniec kompleksu szpitalnego. A na miejscu okazało się, że pani doktor w tym budynku przyjmuje tylko wizyty „poradniowe” pacjentów, a odczulanych obsługuje ta druga, co się ostatnio spóźniła. No ale to kij, powiedziała mi pani doktor, że mnie zaraz przyjmie i da mi kwalifikację na zabieg, tylko musi gdzieś coś iść załatwić. I że zaraz wróci.

I tak sobie czekałem minut pięć, dziesięć i piętnaście, i stwierdziłem, że to pierdolę, i wracam do punktu, w którym zacząłem. Czyli pod drzwi gabinetu w budynku pierwotnym.

Tam się okazało, że, a jak, pani doktor nr 2 swoim zwyczajem się spóźnia. Polazłem więc do piguły i zapytałem, czy może jednak ominiemy panią doktor, bo ostatnio i tak mnie nie osłuchiwała, tylko zapytała czy się dobrze czuję, i w zasadzie to dziś i tak jej powiem to samo. NIE, bo lekarz musi mnie zakwalifikować, bo taka procedura.

Tym razem doktórka spóźniła się JEDYNIE 50 minut. I znów to samo, szybkie pytanie, szybka odpowiedź, zaproszenie na zabieg. Wizyta w gabinecie lekarskim nie trwała dłużej niż 40 sekund. Zapytałem pigułę, co by było gdybym skłamał, że się dobrze czuję, gdyby coś mi było i lekarz mógłby to wykryć osłuchując mnie. Usłyszałem, że kłamiąc pacjent sam sobie szkodzi. Powstrzymałem się od komentarza. Przecież gdybym był upośledzony umysłowo, czy coś w tym guście, mógłbym skłamać nie mając świadomości konsekwencji. I gdyby coś mi się po zastrzyku stało, czyja byłaby to wina? Moja, czy lekarza, który ma w dupie swoje obowiązki? Nie powiedziałem tego na głos, bo zastrzyk mógłby być wówczas bardzo bolesny…

Tym razem na „kontrolę” poszedłem po 25 minutach. Śpieszyłem się na autobus, a wiedziałem, że nikt nie kontroluje po ilu minutach pacjent wraca, ani nie przykłada wagi do jego stanu.

Tym razem „kontrola” trwała 2,87 sekundy.

Do pracy znów spóźniłem się bardziej niż zamierzałem.

Po co opisałem tę przynudnawą opowieść?

Bo mnie olśniło!

Przez długi czas zastanawiałem się, dlaczego ludzie odchodzą od medycyny do tzw. altmedu, od nauki do szarlatanów pokroju Zięby, od szczepień do ćwierćinteligentów ze STOPNOP. No i właśnie… właśnie dlatego.

Bo skoro lekarz na wypierdolone w swoje godziny pracy i swoje obowiązki, skoro leje na pacjenta ciepłym moczem, każąc mu w nieskończoność czekać na korytarzu bez informacji co dalej, jeśli zamiast konkretów słyszy się „jak przyjdzie to będzie”, to człowiek robi to, co odrzucona naiwna nastolatka – idzie tam, gdzie przyjmują z szeroko otwartymi ramionami.

A ile przyjdzie mu za to zapłacić, dowiaduje się, jak ta naiwna nastolatka, dopiero po fakcie.

Share This:

No Comments

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.