Cmoknijcie mnie w rzyć. Urodzinowo

“ – Wiesz, według teorii gier nie powinno się nikomu mówić, kiedy ma się urodziny.
– Nie rozumiem.
– To przegrywające otwarcie. Po nim nie ma wygrywającej strategii.
– Jak to, strategii? Chodzi o urodziny.

Dokładnie to samo powiedziała Chelsea, kiedy jej tłumaczyłem. Posłuchaj, mówiłem, załóżmy, że mówisz wszystkim, kiedy to jest, a potem nic się nie dzieje. To prawie jak policzek.

A załóżmy, że wyprawiają ci urodziny, odparła Chelsea.

Wtedy nie wiesz, czy robią to szczerze, czy twoje wcześniejsze działanie skłoniło ich, z poczucia winy, do obchodzenia święta, o którym woleliby nie pamiętać. Za to, jeśli nikomu nie powiesz i nikt nie przyjdzie, nie ma powodu się martwić, bo w końcu przecież nikomu nie powiedziałaś. A jeżeli już ktoś zaprosi cię na drinka, wiesz, że to szczere – nikt nie zadawałby sobie trudu, by się dowiedzieć, kiedy masz urodziny – a potem obchodzić ich – gdyby naprawdę cię nie lubił. (…) Matematyka dowodzi niezbicie: jedyną wygrywającą strategią jest tajemnica. Tylko głupek mówi, kiedy ma urodziny.”
Peter Watts, Ślepowidzenie

Wielu ludzi nie lubi fantastyki. Wolą coś bliższego realizmowi, kryminały bez wątków fantastycznych, powieści obyczajowe, coś, co może zdarzyć się w prawdziwym świecie. W obronie swoich gustów nie dostrzegają, że to, co czytają to i tak fikcja. Tylko zakamuflowana realizmem.

Są też tacy, którzy wolą czyste fakty, ewentualnie ubarwione subiektywnym komentarzem autora, kroniki, teksty źródłowe, reportaże, dzienniki, biografie. Nie lubią zmyślania, fantastykę uważają za „pierdoły”. Zamykają się w faktach, całkowicie anihilując wyobraźnię, która w fantastyce nie ma żadnych granic.

I o ile w fantasy te granice faktycznie są gdzieś za horyzontem nieskończoności, to w literaturze science-fiction nierzadko trzeba trzymać się, choćby luźno, pewnych faktów. Czasem historycznych, czasem naukowych. Tak, wiem, ktoś mnie zaraz zbeszta, że przecież historia też jest nauką. Ale według mnie nie jest. Ktoś mądry powiedział, że tyle w danej dziedzinie jest nauki, ile jest w niej matematyki. Historia tej matematyki nie posiada. To rejestracja suchych faktów, tutaj się nie myśli, tylko zapamiętuje. Wyciąganie wniosków to już inna dziedzina. A przekłamania historii to zwykłe kurewstwo. I nie, nie zamkną mnie za ten tekst, bo >>ONI<< przecież nic nie przekłamują…

Ale wróćmy do fantastyki naukowej. Wielu jej przeciwników naśmiewa się z wszechobecnych laserów, statków kosmicznych, kosmitów i mutantów, dowodząc tym samym ignorancji i nieznajomości tematu. Mimo że sam za znawcę się nie uważam, to mam na półce kilka dowodów na błędy wyśmiewaczy. Choćby Lód Jacka Dukaja, czy Na fali szoku Johna Brunnera. W pierwszym mamy do czynienia z historią alternatywną, czyli „co by było gdyby”. Gdyby I wojna światowa nie wybuchła, a katastrofa tunguska miała (a może faktycznie miała…?) pozaziemską genezę, i wpłynęła na pojawienie się nowej chemii, fizyki i logiki. Drugi tytuł, wydany po raz pierwszy w 1975, przewidywał zaprzestanie wyścigu zbrojeń na rzecz ciągłego, wręcz obsesyjnego, doskonalenia psychicznego. Czy wizja 2015 się sprawdziła? Nie. Aczkolwiek nie do końca.

Laserów jednak, ani ogłupiających obcych nie było. Była za to troska o przyszłość, dywagacje moralne i ostrzeżenia. W obu pozycjach.

Cytat z początku pochodzi z kolejnej powieści SF. Tutaj występują obcy, są statki kosmiczne, są lasery i technologia, której jeszcze przez stulecia ludzkość może nie ujrzeć. Jednak daleki jestem od nazywania tego „pierdołami”, bo ja po prostu uwielbiam fantastykę, ale również dlatego, że (między innymi) przytoczony cytat mogę odnieść do własnego życia.

Nie cierpię urodzin. I nie obchodzę ich.

Kto mnie zna, ten wie, że nie obchodzę. Kto mnie zna bardzo blisko, ten wie, dlaczego. I Wy też się zaraz dowiecie.

Bo osoby, które powinny pamiętać o moich urodzinach, kiedyś o nich zapomniały. Nie zrobiłem awantury. Niektórzy robią, ale ja nie. Po prostu uznałem, że skoro ONI nie pamiętali, to tak naprawdę nie jest to jakaś specjalnie ważna okazja. Magia urodzin została odarta z całej swojej wyjątkowości. Przestałem obchodzić urodziny, a one przestały obchodzić mnie (gra słowna, hehe). I zaczęło się zdarzać, że sam zapominałem o urodzinach innych. Nie jestem więc sam bez winy. Ale jednak czy można to nazwać winą…?

Na fejzbuku mam podaną fałszywą datę urodzin. Ktoś, a właściwie kilkanaścioro ktosiów opluło się z tego tytułu. No bo jakże to, po co, dlaczego tak wprowadzam ludzi w błąd, dlaczego nie usunę. Dlaczego? Z jednej prostej przyczyny. Co roku nie mogę sobie odmówić przyjemności uzasadnionego opierdolenia kilkorga niegdyś bliskich przyjaciół. Uzasadnienie mianowicie jest takie:

Kiedyś byliśmy blisko, wiedzieliśmy o sobie wszystko, i wspólnie obchodziliśmy nasze urodziny. Dziś patrzycie tylko na to, co jest napisane w internecie.

Czy wiedząc, że jestem facetem, uwierzylibyście w napis w internecie głoszący, że jestem kotem? I to wiedząc również, że nie cierpię kotów z całego serca i połowy wątróbki? To dlaczego, do ciężkiego chuja, znając dokładnie datę moich urodzin, wysyłacie mi z automatu życzonka, gdy internetowy serwis wyświetli powiadomienie? Spójrzcie za okno, nawet pogoda się nie zgadza. To pół roku różnicy!

Zanim fejzbuk zablokował mi możliwość zmiany daty urodzin, zrobiłem mały eksperyment. Po otrzymaniu życzeń od całej masy ludzi w dniu X (fałszywym skądinąd), przestawiłem datę na dzień X+1 (też fałszywy). I następnego dnia dostałem drugą górkę życzeń. I tak, powtarzały się. Ludzie z dnia poprzedniego życzyli mi sto lat również i w tym, nie dziwiąc się, a przynajmniej nie wyrażając zdziwienia, że rodzę się dzień po dniu.

Nie mam pretensji do osób, które znają mnie tylko z fejsbuka, czy też znają mnie od niedawna, a ja nie pochwaliłem się datą urodzin. To nie pomyłka, tylko błędne dane. A ja nie rozpowiadam na lewo i prawo kiedy mam urodziny, bo nie chcę, żeby składano mi życzenia, śpiewano „sto lat”, czy, nie daj boże, dawano prezenty. Chyba, że byłby to milion dolarów. Albo złotych. Albo, od biedy, propozycja jakiejś fajnej pracy. Ale to w drodze wyjątku. Nie lubię prezentów, życzeń ani śpiewów życzeniowych. Nie wyczuwam w tym szczerości. Śpiewa się solenizantom (czy też jubilatom), bo wypada. Organizuje się zrzuty na prezenty, bo jest okazja, i wypada. A ja mam to w dupie. Chcesz coś mi dać, daj mi bez okazji. Taki podarunek przedstawia sobą o wiele większą wartość, nawet jeśli jest to coś małego, albo nawet pieniężnie bezwartościowego. Bo czyż kobieta nie cieszy się bardziej z pojedynczego kwiatka w dzień powszedni, niż z wielkiego bukietu w rocznicę? Wydaje mi się, że właśnie tak jest.

Sam też staram się unikać składania życzeń. Chyba, że chodzi o osoby, dla których urodziny czy imieniny przedstawiają wielką wartość. O tych staram się pamiętać, chociaż nie zawsze się uda. Życzenia jednak zawsze składam szczere, i może dlatego nie zawsze brzmią elegancko. Ale wolę szczerość, niż podliz. I dlatego właśnie nie lubię sam dostawać życzeń. Zwłaszcza od ludzi, którzy nie odzywają się do mnie przez cały rok, a potem nagle życzą mi zdrowia i szczęścia, i w ogóle wszystkiego naj. A zapytaj mnie, kurwa, jak mi się żyje w środku tygodnia w środku roku. Może trafisz na moment, kiedy akurat będę potrzebował wsparcia. Może. Jest taka szansa.

Nie lubię życzeń, bo nie wiem, czy są szczere. Nie wiem, czy dostaję je z sympatii, czy dlatego, że wypada. Ale jest jeszcze jednak możliwość. Coś, co kiedyś usłyszałem od szefowej. Że takie składanie życzeń to grunt pod przyszłe interesy. Jak to jest, że chętniej współpracuje się z osobami, które składają życzenia, pytają co u nas, interesują się, nawet nieszczerze? Obcy ludzie, istoty z drugiej strony kabla telefonicznego, po drugiej stronie internetu. Kontrahenci, których nie poznalibyśmy, gdyby nie chcieli kupować naszego towaru. I nie oszukujmy się, składając życzenia liczą na lepszy rabat. Dlaczego go dostają, mimo że biorą mało towaru, a współpraca z nimi jest tak opłacalna, jakby jej w ogóle nie było? Czy to inwestycja? Jak to działa? Za dużo tu pytań. Ja się do handlu nie nadaję. Staram się być miłym człowiekiem tak po prostu, nie potrafię wyciągać z tego korzyści.

Generalnie wydaje mi się, że lepiej nie odsłaniać się przed ludźmi. Czy to chodzi o urodziny, czy o cokolwiek innego. Życzenia mogą być szczere, mogą być nieszczere, a mogą być jeszcze inwestycją. Tak samo chwaląc się, że wygrało się w totka raczej nie zdobędziemy przyjaciół, tylko pasożyty. Informując, że ma się dojścia w pewnych instytucjach powodujemy, że ludzie będą chcieli nas wykorzystać. Nagle nasz grafik spotkań towarzyskich się zapełni. I później tak samo nagle opustoszeje. Jeśli szukamy przyjaciół i dlatego chcemy być jak otwarta księga, to lepiej się poważnie zastanowić, czy warto. Czy warto zdobywać przyjaciół na chwilę, bo potem poczujemy się jeszcze gorzej. Wykorzystani i opuszczeni. Lepiej chyba żyć ze swoją samotnością i czekać na tę prawdziwą przyjaźń, która pojawi się przypadkiem.

Odkrywajmy tylko to, co nie ma wartości materialnej

Są cechy, których nie da się wykorzystać do osiągnięcia korzyści. A przynajmniej nie jest to takie łatwe. Czy to blizna nad kolanem, którą można (szczerze) podziwiać, czy origami z serwetek, które zaraz po wyjściu z knajpy ląduje w śmietniku, zabawiwszy wszystkich przez chwilę. Odkrywajmy bez oporów to, czego nowi znajomi nie będą mogli wykorzystać, co nie pozwoli im nas zranić. Gdy już im zaufamy, pokażmy im więcej. Powiedzmy, kiedy mamy urodziny. Pokażmy pieniądze, zaproponujmy wspólny biznes.

Albo uknujmy sprytny plan, i wykorzystajmy tych, którzy sami będą chcieli nas wykorzystać. Bo nikt nikomu nie zabrania być kutasem. A bycie dupkiem jeszcze nie jest karalne.

Share This:

No Comments

Leave a Comment