Cóż pan zrobił najlepszego, panie prezydencie

Gimnazja do likwidacji
tvn24.pl

Prezydent Andrzej Duda podpisał reformę edukacji. Gimnazja idą pod nóż
wyborcza.pl

Reforma oświaty: gimnazja idą do likwidacji. Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawy
polskieradio.pl

Czyli wszystko wraca do normy.

Ale czy na pewno?

Wiele osób mówi, że kiedyś studiowanie było oznaką prestiżu. Na studia trzeba było zdać egzaminy wstępne, które stanowiły doskonałe sito dla ludzi, którzy maturę zdali przypadkiem. Na studia szedł ten, kto naprawdę chciał i był w stanie. Ci, co nie planowali iść na studia już wcześniej, mogli iść do technikum lub zawodówki, nauczyć się fachu i szybciej wypłynąć na rynku pracy. Taki system był w miarę logiczny.

Potem coś się stało, że egzaminy wstępne zaczęły znikać. Nie wszędzie, gdzieś tam jeszcze od czasu do czasu słyszę o czymś takim, ale generalnie decyduje konkurs świadectw. Czyli jak komuś podeszła Lalka na maturze, to miał większe szanse na studiowanie, a jak ktoś był lepszy z Potopu, to kij mu w oko i w inne otwory ciała. Nie miały znaczenia predyspozycje do danego kierunku. I dalej nie mają.

Obecnie mamy wysyp magistrów. Jeszcze więcej licencjatów. Politologia (dalej nie wiem do czego to się przydaje), kosmetologia, polonistyka (i tak nie dostaniesz pracy w szkole), zarządzanie, ekonomia. Tych zarządzających ekonomistów jest chyba najwięcej. Wydaje mi się, że ludzie idą na zarządzanie z przekonaniem, że jak tylko dostaną do łapki dyplom magistra, ktoś zaproponuje im stanowisko kierownika. Tak się niestety (a może i stety) nie dzieje. Odnoszę wrażenie, że sukces odnoszą tylko ci, którzy już zawczasu mają pomysł na życie, a to zarządzanie jest im potrzebne jedynie do osiągnięcia papierka. No i do jakiegoś tam oszlifowania. Kto idzie tylko po papier, bez pomysłu, bo wypada iść na studia, zazwyczaj kończą w maku. I do niektórych mówią tam „panie kierowniku”.

Nie opluwajcie mnie jeszcze. Nie widzę nic złego w tym, że ludzie dostają się na studia. Taka informatyka na przykład. Ja mam niby jakieś tam predyspozycje do programowania, jestem w miarę dobry w matmie. A studiują ze mnie ludziski, które matma nie-e, fizyka o borze, a programowanie to jakieś tam znaczki i dopiero się uczą. I dobrze. Uczymy się. Kto chce, ten się nauczy. I niech osiąga sukces. Gorzej jak ktoś idzie bez przekonania, dostaje się na studia, z których rezygnuje po roku, albo szybciej, ale przez to nie dostał się na kierunek ktoś, komu bardzo zależało.

Tak, sam też tak zrobiłem. Dwa razy. Bo wypadało pójść na studia. A potem miałem jakieś dziwne wyobrażenia o matmie. Błędy młodości. Tym bardziej widzę, jak bardzo jest to głupie. Ale odbiegłem od tematu.

Zmiany. Pojawiło się gimnazjum, które miało za zadanie… nie wiem co. System ośmiu lat podstawówki i czterech lat liceum sprawdzał się, bo i moi rodzice tak chodzili do szkoły, i dużo starsi znajomi. Nikt nie narzekał. I studia pokończyli, i zawodów się powyuczali. Ale skoro ludzie mądrzejsi (wtedy jeszcze tak myślałem) zadecydowali, że ma być gimnazjum, to znaczy, że to dobry pomysł.

Dobry pomysł nie jest zły

Po kilkunastu latach zdania są podzielone. Są tacy, którzy twierdzą, że gimnazja wyrównały szanse. I tutaj też można dyskutować, czy w szkolnictwie na tym poziomie powinno się szanse wyrównywać. Dla tych słabszych powinny być zajęcia wyrównawcze, owszem. Ale przez „równanie do garbatych” ci zdolni uczniowie tracą motywację. Ja sam do historii nie przekonałem się nigdy, bo co jeden poziom edukacji, to program ten sam. Od starożytności – podstawówka, gimnazjum, liceum. I coraz nudniej to było prowadzone…

Są też tacy, którzy w gimnazjach widzą wylęgarnię patologii. Rozboje, bijatyki, poniżanie słabszych, to samo w odniesieniu do nauczycieli. Dlaczego tak się dzieje? Ktoś próbował mi to wytłumaczyć wiekiem dojrzewania, i poniekąd jest to chyba racja. Okres dojrzewania bucha pełną parą właśnie w tym okresie, gdy przechodzi się z podstawówki do gimnazjum. Wyjaśnienie kolegi polegało na tym, że uczniowie, którzy do czternastego roku życia byli w jednej szkole, mogli się poczuć jak dorośli, w pewnym sensie oczywiście. Czuli odpowiedzialność za młodsze dzieci, te siedmio-, ośmiolatki. Oni byli dojrzali, mogli się bachorkami zaopiekować. A co się tyczy nauczycieli, to jak się ma styczność z dzieciakami przez tyle lat, poznaje się ich słabe i mocne strony, wie się, jak z nimi rozmawiać. Da się wypracować sztuczki.

Zawojujmy nowy świat. Wytnijmy w pień tubylców, lub zapędźmy ich do niewoli. Nasza jest władza

W wieku 12-13 lat dziecko idzie do gimnazjum. W głowie szumi, we krwi buzują hormony. Nowe otoczenie, nowi ludzie, nowi nauczyciele. Trzeba zaimponować kolegom i koleżankom, pokazać tym durnym belfrom, z kim zadzierają. Za nikogo nie trzeba być odpowiedzialnym, bo pierwszaki same są przecież najmłodsze. Nauczyciele nie wiedzą jak sobie poradzić, bo nie znają tych dzieci. Można zastosować standardowe traktowanie autorytetowe, ale to już nie działa. W czasach bezstresowego wychowania nauczyciel nie ma już autorytetu i jest na z góry przegranej pozycji. Tak jak nasza wychowawczyni, która została owrzeszczana przez rodziców jednego z kolegów, który został przyłapany na ćpaniu. To przecież wina nauczycielki, a nie rodziców. To przez szkołę synek się stoczył.

Jak to działa naprawdę, nie jestem w stanie powiedzieć. Teorii jest tyle, co przypadków, każdy odbiera tę sytuację inaczej. Jest jeszcze kwestia zatrudnienia. Likwidacja gimnazjów i powrót do stanu sprzed lat ma według jednych stworzyć wiele tysięcy miejsc pracy, według innych te stanowiska zlikwiduje. Można się nawet zastanawiać, czy to dobrze, czy źle – ale temat konieczności utrzymywania na siłę konkretnej grupy zawodowej i przebranżowienia zostawię sobie na inną okazję.

Nie wiem jakie będą skutki tej reformy. Nie znam skutków poprzedniej, a nie mam ochoty przekopywać się przez masę artykułów i przekłamanych statystyk, żeby mieć rozmyty obraz czegoś, czego nie można nazwać nawet przypuszczeniem. Mogę jedynie odnieść się do własnych doświadczeń i opowiedzieć, jak to było u mnie.

Gdy wiele lat temu, a przynajmniej w moim odczuciu wiele, bowiem czas, który upłynął od tego czasu to 2/3 całego mojego życia, wprowadzano gimnazja, byłem jeszcze niezbyt kumatym (nie żeby to się jakoś bardzo zmieniło…) szczylem. W mojej podstawówce powstawało gimnazjum, a czwartą, piątą i szóstą klasę miałem przechodzić w innej szkole. Najbardziej martwiło mnie to, że nie będę znał innych dzieciaków, aczkolwiek pocieszająca była obecność w mojej przyszłej klasie kilku kolegów z podwórka.

Trafiłem do szkoły, w której swoje siedlisko miała patologia przed duże „O JA PIERDOLĘ CO JA TU ROBIĘ”. Co prawda za moich czasów nie było jeszcze tragicznie, bo to, co opowiadali moi młodsi bracia, było masakrą i gwałtem na ludzkim rozumie. Tak czy inaczej, jako grubas miałem przejebane. Już w pierwszym dniu bycia czwartoklasistą usłyszałem od kogoś z klasy starszej: „słuchaj, ty jesteś gruby, i musisz oberwać”. Przez trzy lata oberwałem nie raz, nie dwa. Za to, że byłem (jestem dalej) gruby. Za to, że się dobrze uczyłem. Za to, że nie dawałem ściągać. Za to, że bałem się bić po mordzie.

Przeczekaj jeszcze ten rok, będzie lepiej

W gimnazjum trafiłem do klasy z ludźmi z podstawówki. Z klasy mojej i kilku równoległych. Patologia level expert, co po szkole podstawowej było smutne i niepokojące. Ale w ramach klasy bitwy działy się niezmiernie rzadko. Poza pewnym przypadkiem…

Już w pierwszym tygodniu nauki w gimnazjum dostrzegłem szansę ukrócenia terroryzmu pewnego osobnika. Tą szansą był nowy kolega, wysoki i po prostu wielki. Terrorysta rzucał się jak zwykle do wszystkich, a „duży” najzwyczajniej w świecie chwycił go za szmaty, rzucił o ścianę, już wznosił wielką rękę do ciosu, i… zza rogu korytarza wypadł w pełnym pędzie znajomy degenerata. Duży kolega dostał wpierdol. I dostawał z mniejszą lub większą regularnością przez trzy lata.

Mi też się obrywało. Rzadziej za to, że byłem gruby. Bo przestałem być gruby. Ale dalej dość dobrze się uczyłem. I nie chciałem chodzić na wagary. Tak, za niepójście na wagary groził wpierdol. Od dwóch siedemnastolatków, którzy tak polubili gimnazjum, że za nic w świecie nie chcieli go skończyć. Gdy poszedłem w końcu na skargę do wychowawczyni, powiedziała mi, żebym przetrwał ten rok. Oni już wyjdą, już się ich przepchnie, nauczyciele mają ich dość. „Wytrzymaj”.

Męczyłem się ze skurwielami do końca.

A raz mi nawet jeden z nich groził, że powiesi mnie na gałęzi.

Granica między zezwierzęceniem i normalnością

Problemy skończyły się w szkole średniej. W liceum. Nagle wszyscy byli poważni, nikt nie chciał nikogo bić, wyzwiska były przyjmowane wyszczerzeniem zębów i ripostowane kolejnymi. I mimo tych wyzwisk wszyscy się lubiliśmy. A przynajmniej tolerowaliśmy. Tylko historię znów zaczynaliśmy od starożytności…

Dla mnie (i chyba nie tylko) gimnazjum było najgorszym okresem edukacji. Program nauczania był skrojony jak dla debili, nauczyciele prowadzili lekcje jakby za karę. Jeśli któremuś zależało, kilku krzykaczy w klasie potrafiło skutecznie odebrać chęci. Zniszczenie zajęć to pikuś – na przykład dwóch idiotów rzucających do siebie kulką papieru. Pamiętam jedną z równoległych klas. Praktycznie 100% męskiej części było nastawione na niszczenie nauczycieli. Co ciekawe, ta klasa miała jedne z lepszych wyników w nauce. Można więc dobrze się uczyć i być kutasem. To tak gwoli przypomnienia, że inteligencja może nie znać się z sumieniem.

Osobiście uważam, że eksperyment z gimnazjami zakończył się niepowodzeniem już dawno temu, a obecna reforma jest spóźniona o kilka lat. Spóźnienie nie jest jedynym problemem i na pewno nie najważniejszym. Mówi się o braku przystosowania programu do nowego systemu nauczania. Czyli znów, jak zwykle, jak zawsze, kurwa znów ucierpią dzieci. Uczniowie. Ci, którzy w przyszłości mają windować w górę gospodarkę, a którym praktycznie na samym początku podcina się skrzydła. W imię jakichś politycznych rozgrywek.

PS. Sprzedam jeszcze historię o tym, jak przestało mi zależeć na nauce. I nie miałem na to wpływu, to się po prostu stało.

Otóż w gimnazjum była sobie olimpiada chemiczna, w której wziąłem czynny udział, jako że chemia bardzo mi się podobała, rozumiałem ją i nie miałem większych problemów z przyswajaniem materiału. Pytania nie były trudne, byłem pewien awansu do etapu rejonowego. Ale po ogłoszeniu wyników czułem tylko gorycz.

Co się okazało? Miałem jeden z najwyższych (o ile nie najwyższy) wyników w szkole. Do kolejnego etapu olimpiady dostałbym się z rękami i nogami w dupie, i jeszcze na taczce. BYM się dostał. Bo nasza pani od chemii zapomniała wysłać wyników do komisji. W ten sposób z naszego gimnazjum nikt nie poszedł dalej. A w ramach rekompensaty postawiła nam wszystkim szóstki na koniec roku. Niektórzy by się cieszyli, ale nie ja.

Z tymi samymi kończynami i na tym samym wehikule szóstkę z chemii miałem przez wszystkie trzy lata gimnazjum. Bez większego wysiłku. Czyli nie dość, że przez nauczycielkę nie mogłem kontynuować olimpiady, to jeszcze nie dostałem nic w zamian.

Od tamtej pory mam problem z chęciami do nauki, bo gdzieś z tyłu głowy siedzi mały, gruby, zapluty gnom o twarzy chemicy z gimnazjum, trzymający w brudnych, powykręcanych reumatyzmem paluchach kawałek kartonu z napisem:

A PO CHUJ?

Share This:

4 komentarze

  • AliceWit Marzec 4, 2017 at 12:09 am

    Nienawidziłam gimnazjum 🙁 moja trauma z dzieciństwa.

    Reply
    • Juliusz Maretzky Marzec 4, 2017 at 6:21 am

      Dokładnie wiem, o czym piszesz. Tylko dziewczyny bili rzadziej…

      Reply
  • AliceWit Marzec 4, 2017 at 4:09 pm

    Bili rzadziej. Ale te grupki grupeczki, obrabianie dupeczki, prawo dżungli, nie mogłeś odstawać od pewnego sposobu bycia czy myślenia, bo cie zajechali, te gnojki. Nie zapomnę nigdy! Mialam jedna kumpele-ju noł^^ mialysmy swoj zapewne posrany do reszty swiat, swoje kredki, swoje poczucie humoru i „bardzo ważne sprawy”. Zostalysmy zgnojone juz od pierwszej klasy przyczepili nam zjebana łatkę, bo jakiś kretyn zajebał nam kajecik z naszymi głupotami… to przeciez trafilo do pedagog, a pozatym zawieszono nas z zajec z religii… rozumiesz to?! Przepraszam za to wylewanie gówien na Twoim blogu, ale kurwica mnie zalewa na myśl o szczesliwej 7. Łojessssu i przepraszam za ten rynsztokowy ^^język. Mi już nie wypada bluzgać. Pozdr.

    Reply
    • Juliusz Maretzky Marzec 4, 2017 at 5:11 pm

      No… a ja pamiętam, jak dwie typiary z mojej klasy chciały mnie i paru jeszcze chłopaków zabić, powiesić, ukrzyżować, snuły plany, opracowywały jakieś strategie… żarty żartami, ale zrobiło mi się wtedy nieswojo.

      Reply

Leave a Comment