Czas zmierzchu

Czas zmierzchu Powieść autora bestsellerowego Metro 2033 swoim opisem nie robiła wielkiego wrażenia. Myślałem: „koleś osiągnął sukces pisząc coś naprawdę zajebistego, napisał kontynuację, która była słabsza, a teraz bierze się za coś, co już na pewno mu nie wyszło”. Ale jak zwykle, dla świętego spokoju i stuprocentowego prawa pojechania po tym utworze, przeczytałem.

Zaczyna się jak w opisie. Ot, tłumacz dostaje do przetłumaczenia dziennik z wyprawy na Jukatan. Bogowie, demony, Indianie, takie tam. Wciąga się w to. Ja zacząłem wciągać się razem z nim – swego czasu byłem maniakiem kultur południowoamerykańskich, teraz mam już tylko (albo aż) ogromny sentyment.
Dalej, jak w opisie, krwiożercze bóstwa przenikają z kart księgi do współczesnej Moskwy. Nasz bohater zaczyna mieć wątpliwości co do swojego zdrowia psychicznego. I nagle zaczęło się robić interesująco. To, co wydawało się być złudzeniem, zaczyna być prawdą. Do tego zaczynamy, razem z tłumaczem, szukać zleceniodawcy. I kiedy już, już, nasza wyprawa zdaje się zbliżać ku końcowi – BACH! – obrywamy obuchem. Przynajmniej ja oberwałem.

Dmitry Glukhovsky wykonał kawał dobrej roboty. Objętościowo niezbyt, ale fabularnie i mózgotrzepowo – fantastycznie. Po raz kolejny przekonałem się, że opis nie oddaje tego, co dzieje się na kartach książki. Było warto, i wszystkim miłośnikom fantasy, psychologii i psychiatrii szczerze polecam. Mamy pytania o sens cierpienia, bezduszną nadzieję, zaprzeczanie nieuchronnemu losowi, wreszcie pogodzenie się z sobą i swoim losem. To, co miało być „tylko” krwawą fantastyką, okazało się czymś o wiele głębszym.

Share This:

No Comments

Leave a Comment