Czerwcowy słoneczny poraneg

Dziś z rana jest pięknie. Słoneczko świeci, trawka się czerwieni, jakiś ptak z rzadka walnie kupę z wysokości. W drodze do śmietnika (dwa worki… jakby nie można było rzadziej wynosić jednego wielkiego) stwierdziłem, że krótkie spodenki i sandały wprawdzie pasują do słoneczka, ale chłodny wiaterek skutecznie zabija radość ze spaceru.
Cóż jednak było zrobić. Jako że jestem z natury leniem, z wykształcenia leniwcem, z osiągnięcia leniem patentowanym, do domu nie wróciłem. Od razu ruszyłem w drogę do Bied(r)y, by zakupy zrobić. Na (nie)szczęście w Biedzie jest duszno. Pomijając moje przygody w rzeczonym sklepie portugalskiej sieci oraz w kwiaciarni, gdzie w końcu zdobyłem potrzebny osprzęt do uprawy roślin (drzew i warzyw, zboki!), chciałbym opisać moje zniesmaczenie momentem dowiedzenia się zbyt wiele na temat przewozu mrożonek.
Na chodniku stał mrożonkowóz. No ba, musi gdzieś stać, żeby wyładować towar i zaopatrzyć w niego sklep. Ale… Tragarz wyrzucał mrożonki z chłodni na chodnik. Na chodnik, bowiem karton, który uprzednio na chodniku położył, był już pełen, więc choć chuj w dupie kolejne paczki mrożonych warzyw musiały lądować na rozgrzanej płycie. O, właśnie, słońce niemal w zenicie, duszno jak w piździe (ten wietrzyk jakoś tak umilkł w międzyczasie), a on z otwartej na oścież chłodni rzuca mrożonki na rozgrzane płyty chodnika! Ja się może nie znam, ale zdaje mi się, że jak się mrożonka rozmrozi i zamrozi ponownie, to traci na jakości, a może i na zdrowotności. No ale towar dostarczony, norma wyrobiona, a jak jakiś podrzędny sklepik straci klientów to chuj – ja swoją godzinówkę odwalę.
Nie wiem, czy to wina tragarza, bo ma to w dupie, czy wina dostawcy, bo nie zapewnił jakieś minimalnego osprzętu i przeszkolenia, czy wina Boga, który zesłał to cholerne słońce.
Tak czy ptak – w tym sklepiku ja już na pewno nie kupię mrożonek.

Z milszych rzeczy, ukazała się recenzja. Czekałem na nią dość… długo, a jest dość… krótka. No ale recenzentce podobno się podobało, pochwaliła trochę, trochę zganiła, trochę… no. Jak ktoś chce to niech sobie przeczyta.

LINK DO RECENZYJKI

Share This:

No Comments

Leave a Comment