Człowiek człowiekowi bratem, brat bratu Żydem

Powieść tę czytałem prawie pół roku. Chciałbym powiedzieć, że było to spowodowane niskich lotów jakością tekstu, ale nie. Książka była bardzo dobra. Ba, na łamach The Wall Street Journal została ona określona „najlepszą powieścią napisaną w jidisz”. Po prostu nie miałem czasu, w tygodniu pierogi, w weekendy studia. „Braci Aszkenazy” zabierałem ze sobą jedynie w podróż do świątyni dumania, co nawet przy specyfice tego miejsca nie dawało mi zbyt dużo czasu na czytanie.

Israel Joszua Singer zabiera nas do Łodzi, miasta, które tak naprawdę dopiero ma powstać. Wprawdzie Łódź istniała już od wieków, jednak dopiero po powstaniu listopadowym, gdy zaczęli do niej napływać rzemieślnicy tkaccy, zaczęła się ona rozwijać w bardzo szybkim tempie. Stała się europejskim centrum przemysłu sukienniczego, głównie za sprawą niemieckich i żydowskich tkaczy i fabrykantów. W powieści widzimy też drogę, jaką przemysł ten przeszedł od tkalnictwa ręcznego, do maszynowego.

W tym uniwersum przychodzą na świat dwaj bracia bliźniacy: chorowity Symche Meir i zdrowy, silny Jakow Bunem. W późniejszym czasie okaże się, zresztą bez wielkiego zaskoczenia, który z nich będzie serdeczną duszą towarzystwa, a który cwanym kutasem. Zazdrosny Symche Meir Aszkenazy, późniejszy Maks, sprytem i intelektem dochodzi do coraz większej władzy, zyskuje sobie podziw środowiska przemysłowego, jednocześnie zrażając do siebie bliskich i rodzinę. Jakowowi Bunemowi, późniejszemu Jakubowi, również powodzi się całkiem nieźle. Jest on jednak całkowitym przeciwieństwem brata. Rozrzutny i niezbyt rozgarnięty zjednuje sobie ludzi swoim serdecznym usposobieniem, co tylko wzmaga niechęć Maksa, który przez większą część powieści chce Jakuba zniszczyć.

Przez kilkaset stron autor raczy czytelnika malowniczymi opisami zadymionej Łodzi, całego przekroju jej mieszkańców, od książąt, bogatych fabrykantów, przez kierowników, dyrektorów, aż do szeregowych tkaczy, głównie Żydów, dla których największym utrapieniem było urządzenie Szabasu. Jak nietrudno się domyślić, bywało z tym różnie. Fabrykanci za nic mieli swoich tkaczy, panowało przeświadczenie, jak i dziś bardzo często, że na miejsce każdego z nich czeka pięciu innych, niemogących znaleźć pracy. Najchętniej więc stosowanym rozwiązaniem zbyt niskich (jak na gust prezesów) dochodów było obcinanie coraz to niższych pensji.

Widać też bardzo wyraźnie, jak wśród klasy robotniczej rozwijał się socjalizm i myśl marksistowska. Jak piękne hasła wolności i równości doprowadzały niejednokrotnie do walk ulicznych, wynikiem których zawsze był pogrom Żydów. Jak to wszystko doprowadziło w końcu do wojny, emigracji fabrykantów za granicę i rewolucji. Rzezi bogatych i biednych, tych, którzy nie mieli broni i nie zgadzali się na bestialstwa rewolucjonistów.

Styl Singera jest czasem męczący, przynajmniej dla mnie. W tekście występuje wiele powtórzeń, autor bardzo często różnymi zdaniami o tym samym sensie opisuje to samo. Podobno jest to właśnie żydowski styl pisarski. Jak dla mnie, typowe, szkolne lanie wody. Ale może właśnie o to chodzi? Moje opowiadania nie były nigdy zbyt obszerne, może zabrakło właśnie tego wodolejstwa, tej opisowości, przedstawiania świata podobnymi, lecz różnymi słowami. Tak czy inaczej, po kilkuset stronicach człowiek przyzwyczaja się do tych niedogodności i wciąga w opowieść.

Na sam koniec trochę się zawiodłem. Spodziewałem się jakiegoś morału, konkluzji, albo ciekawego rozwiązania. Okazuje się, że główny bohater, mimo całego swojego kunsztu i intelektu, nie potrafi odpowiedzieć sobie na podstawowe pytania o sens życia, pracy, czegokolwiek.

Bez względu na to, ile wysiłku i serca wkładamy w to, co robimy, ostatecznie nie zostaje nam nic.

I to jest właśnie myśl żydowska, z którą, mimo wszystkich przeciwności losu, nie chcę się zgodzić.

Share This:

No Comments

Leave a Comment