Czy mnie czytasz, czyli jak zapomniałem o (prawie) najważniejszym

Był sobie kiedyś blog. Nazywał się COmiŚLINAnaJĘZYK (przyniesie). Wisiał sobie w domenie wordpress.com. Darmowy, zwykły blog, na darmowym, zwykłym szablonie. Pisany przez…a co ja się tam będę rozwodził, przeze mnie. Jedni go kochali, inni… w zasadzie to wszyscy go kochali. A skąd wiem?

Bo miałem subskrybentów

Po przejściu pod własną domenę walnąłem sobie inny wygląd. A właściwie kilka, musiałem wypróbować te darmowe (przecież hehe nie będę wydawał pieniędzy hehe) motywy, pobawić się opcjami, widgetami, pierdołami… No i jakoś to szło. Aż do dziś.

Nawiązał ze mną kontakt inny bloger, autor Czyśćca Morrisona. Tak, robię mu tu darmową reklamę, ale mniejsza o to. Popisaliśmy sobie trochę na fejzbuku. Zapytałem go, czy nie ma czasem jakiejś opcji dodawania się do subskrypcji. U dołu jego bloga był tylko ten syfiasty link do syfiastego RSSa czy jak to tam się nazywa. To gówno. Gówno, bo nie umiem się tym posługiwać. On na to, że zaraz ogarnie. Ogarnął naprawdę szybko. I wtedy uświadomiłem sobie, że

ja o tym zapomniałem.

Błyskawicznie naprawiłem ten błąd. Nie wiem, dlaczego nie zdziwił mnie brak subskrypcji. A może po prostu nie zaglądałem w te rejony statystyk…? Trudno mi teraz cokolwiek na ten temat powiedzieć.

Tak czy srak, jeśli chcecie, możecie nadrobić tę brakującą czynność i dopisać się do wciąż rosnącego grona moich wyzn… tfu! wielbi… eee… czytelników. Po prawej stronie, tuż nad ikonami socjalnymi. Wpiszcie się, a nie ominą Was żadne wypociny wyprodukowane przez moją mózgownicę.

 

Dobra, naprodukowałem się, to mogę zacząć się uczyć na angielski, bo o 7 rano mam kolokwium…

Share This:

No Comments

Leave a Comment