Dylemat. Kolejny

W całym moim stanowisku wobec aborcji wyznaczyłem jeden dylemat, przy którym nie potrafiłbym podjąć decyzji. Nie przewidziałem jednak wszystkiego… dziś dotarłem do artykułu z Frondy, który, delikatnie mówiąc, przeraził mnie…

Oczywiście, życie jest darem. Oczywiście, nie powinniśmy decydować o czyjejś śmierci. Ale jest jeszcze coś takiego jak miłosierdzie, które przecież nie oznacza oszczędzenia życia za wszelką cenę. Wyrazem tego był średniowieczny sztylet nazwany mizerykordią od łacińskiego słowa misericordia, czyli miłosierdzie, współczucie, litość. Umierającego człowieka, nawet, jeśli był wrogiem, dobijano (tak, to słowo nacechowane negatywnie), lub inaczej, litowano się nad nim, za pomocą mizerykordii. Owszem, było to odebranie życia. Ale czy lepiej było zostawić człowieka na powolne wykrwawianie się? Nie jest dobrym pozwalać, by ostatnią zapamiętaną rzeczą przed śmiercią było potworne cierpienie.

W przypadku sytuacji z artykułu z jednej strony czuję szacunek do rodziców, którzy podjęli się naprawdę trudnego zadania, jakim będzie wychowywanie dzieci urodzonych w taki sposób. Ale z drugiej strony… czuję obrzydzenie, bo dla własnej radości, dla własnego egoizmu, wystawiają swoje dzieci na cierpienie. W imię zasad religii, która za nic ma człowieka, która ponad człowiekiem, który powinien być najwyższym punktem wiary, stawia nienaturalne prawa i obiecuje wieczną radość albo wieczne potępienie, w zależności od stosowania się do tych reguł.

Nie potrafię zająć jednoznacznego stanowiska w tej kwestii, i chyba nawet nie będę próbował. Chciałbym za kilka lat przeczytać, albo usłyszeć, że te dziewczynki są szczęśliwe. I chciałbym, by była to informacja bezpośrednio od nich, a nie stanowisko ich rodziców.

Share This:

No Comments

Leave a Comment