Gdańsk drift

Wczoraj wracałem z pracy z kumplem…dostał od szefa samochód „służbowy”, po to, żeby jeździł do hurtowni odbierać towar…nie wiem jak, bo samochodzik malutki, siedząc na tylnym siedzeniu kolana wbijałem w kark kolegi przede mną. I tak w trzech, jak sardynki zapakowani, wyruszyliśmy w trasę… Star z piskiem opon, tłumik dziurawy, więc buczenie jak generatora na okręcie, nagle kumpel rzuca: „A to kurwa sprzęgło nie działa, raz działa raz nie, ja nie wiem”. Uzyskałem barwę kredy i konsystencję menhira… ale co tam, po mieście 70 (trzeba wykorzystać ograniczenie do 70 na maksa), zakręty tą samą prędkością, na przejściu… rura na czerwonym. Bo „co ja kurwa będę czekał”. Kazałem wywalić się pod bankiem, nogi jak z waty, Sahara w ustach. O własnych siłach doczłapałem się do domu. Od dziś chodzę piechotą…

…naprawdę.

Share This:

No Comments

Leave a Comment