Gdy hałas staje się ciszą

Czyli jak szept może przyprawić o zawał

No dobrze, może nie szept. I nie o zawał. Może.

 

Z zamiarem napisania tego posta nosiłem się od około miesiąca. Jednak wakacyjny tryb życia skutecznie uniemożliwiał mi jakiekolwiek twórcze zapędy. Nie żebym dużo pił czy imprezował, o nie nie, nic z tych rzeczy. Praca w gastronomii, zwłaszcza w sezonie urlopowym, jest, delikatnie mówiąc, absorbująca. Do zmęczenia czternastogodzinnym dniem pracy (x2) dochodzi konieczność wyspania się w dzień wolny (x2). No, powiedzmy że pierwszy dzień wolny po dwóch dniach pracy można przeznaczyć na wyspanie się, odmulenie, regenerację. Ale w drugi dzień… pójść na zakupy, na pocztę, do urzędu, obejrzeć z Ukochaną odcinek serialu (ewentualnie pięć), i gdzieś znaleźć jeszcze czas na poczytanie książki… Gdzie tu czas, nie mówiąc o sile, na, choćby króciutki, wpis na blogu? No i… tak. Nie miałem weny. Chociaż według niektórych autorów wena to mit, że liczy się tylko ciężka praca. W takim wypadku – nie chciało mi się. Bardzo.

I znów na łamach tegoż bloga muszę przyznać – zaniedbałem go. Zaniedbałem bloga, który miał być moim oczkiem, moim dziełem, moim dzieckiem. Miejsce, gdzie zamieściłem pierwsze kompletne opowiadania, z których może ostatecznie nie jestem zbyt zadowolony, ale które pozwoliły mi wydać pierwszą (i oby nie ostatnią) w życiu książkę. Zaniedbałem, i nie jestem z tego powodu szczęśliwy. Czasami bywa w życiu tak, że nasze zainteresowania z czasem słabną, zmieniają się, nie tęsknimy za nimi. Ale są rzeczy, które były w naszym życiu wyjątkowe, i których bardzo w naszym życiu brakuje. Niektórzy tęsknią za skakaniem z fotela na kanapę bawiąc się w poszukiwaczy przygód nad przepaścią pełną lawy. Ja tęsknię za pisaniem. Między innymi, bo za śpiewaniem, brzdąkaniem na gitarze i klockami LEGO też, ale to pisania brakuje mi najbardziej, mimo że w stosunku do śpiewu i gry pisać zacząłem stosunkowo niedawno.

Ale piszę. Teraz, w tej chwili. Pewnie nie odzyskam już Czytelników, którzy byli ze mną od dawna, i którzy pewnie znudzili się brakami w aktualizacjach. Pewnie zyskam paru nowych. Tak czy inaczej czeka mnie sporo pracy. Zaczynam więc, na nowo.

Ten wpis dojrzewał we mnie przez miesiąc. Ziarenko zasiał Krzyś, podczas kolejnego męczącego dnia pracy, gdy obierałem „ukochane” ziemniaki. Chciałem usiąść do pisania w najbliższy dzień wolny. Nie wyszło – wiadomo. Przez wiele dni myślałem o tym, co się wtedy wydarzyło, ziarenko wykiełkowało i rosło, wydało pączki i w końcu zakwitło, gdy przypomniałem sobie fragment Zaginionego Świata Michaela Crichtona, gdy Ian Malcolm leżał już nieźle naćpany w samochodzie-laboratorium, a wokół skakały velociraptory, drąc przy tym niemiłosiernie swoje najeżone ostrymi jak brzytwa zębiskami mordy. Wówczas to padło stwierdzenie, które zapewne sparafrazuję, nie mam bowiem fotograficznej pamięci, a które mówiło o tym, że drapieżniki atakujące laboratorium wrzeszczały tak głośno i tak już długo, że bohaterom zdawało się, iż dźwięki te towarzyszą im od urodzenia. Stały się integralną częścią świata otaczającego ich od zawsze.

Wróćmy do ziemniaków. Nie obierałem ich ręcznie, bo zamiast kilku godzin spędziłbym tam chyba kilka dni. Spróbujcie obrać obieraczką (szybciej mi idzie niż nożem, aczkolwiek znam ludzi, którzy noża używają przy ziemniakach zręczniej niż obieraczki) piętnastokilowy worek ziemniaków. Ile to zajmie? Pół godziny? Może dłużej. A obierzcie takich worków dziesięć, piętnaście, albo dwadzieścia. Różnica jest spora, dłoń może odpaść, a człowiek – wkurwić. Na całe szczęście mamy do tego taką oto maszynkę:

obieraczka-do-ziemniakow

W kilka minut odziera ze skóry pół wora ziemniaków, po czym można je oczkować i kroić, gdy w tym czasie maszynka ogarnia kolejne pół wora. Trzeba uważać, żeby nie trzymać kartofli za długo w środku, bo może się okazać, że wypłyną same w postaci surowej zupy ziemniaczanej.

Maszyna ta ma kilka wad. Syf wycieka z niej nie tylko przez rurę, ale i przez szpary wokół klapy, którą wysypuje się ziemniaki. Syf wylatuje przez otwór w pokrywie i brudzi ściany. Syf generalnie brudzi wszystko, i trzeba to potem czyścić wodą z węża pod ciśnieniem. Ale najgorszy w tym wszystkim jest hałas.

Po włączeniu maszyna po prostu buczy. Silnik, wiadomo, wydaje mało przyjemny dla kogoś niezakochanego w mechanice dźwięk, monotonny, zagłuszający myśli i uniemożliwiający jakiekolwiek rozmowy. Po wrzuceniu ziemniaków pojawia się nowa linia melo… tfu! dźwiękowa – skakanie, obijanie się i tłuczenie o ścianki maszyny warzywek, które już za chwilę odarte zostaną ze swej brązowej powłoki, by odsłonić smakowite (lecz dopiero po ugotowaniu) wnętrze. Wszystko to składa się na potworny ryk, który przez pierwszą godzinę obierania odbiera chęć do życia (a na pewno do jedzenia ziemniaków). Co się dzieje po pierwszej godzinie? Ano… po mniej więcej godzinie przestaję słyszeć buczenie maszyny. Zostaję otoczony przez ciszę, która pogłębiona jest przez niemożność usłyszenia jakichkolwiek odgłosów z kuchni oraz prowadzenia jakichkolwiek dyskusji z kimkolwiek. Nic nie słychać, poza ciągłym buczeniem elektrycznej obieraczki, a samo buczenie jest zepchnięte na skraj świadomości. Kroję ziemniaki w ciszy, przerywanej jedynie krótkimi wyjściami z pomieszczenia w celu odłożenia zapełnionego wiadra ziemniaków na korytarz.

I stoję zatopiony w ciszy i we własnych myślach, mechanicznie oczkując i krojąc te ziemniaki.

I wtedy do pomieszczenia wchodzi Krzysiek.

I wrzeszczy: „SIEMA!”

Mało, kurwa, zawału nie dostałem…

Share This:

No Comments

Leave a Comment