Grawitacja i jej pokonywanie

Zacznę od końca. Znaczy się, końca tytułu. Pokonywanie grawitacji w moim dzisiejszym przypadku to ruszenie dupska i zrobienie czegoś pożytecznego. Otóż posprzątałem w swoim pokoju. Niby nic wielkiego, ale… ale nie mam dowodów na „ale”, bo nie pomyślałem, żeby zrobić zdjęcie. No to wyobraźcie sobie pokój, od dwóch (albo i więcej) miesięcy z rozłożonym łóżkiem, podłogą zawaloną workami, książkami, torbami i dobrem/gównem wszelakim, a na wolnych od rzeczy, w szerokim tego słowa znaczeniu, fragmentach tejże podłogi warstwy kurzu, ziarenek, papierków i innego syfu. Podobny zresztą syf zdążył obsiąść stołobiurko, komódki, lampę, szybę pingwina… no po prostu wszystko. I ja to posprzątałem. POSPRZĄTAŁEŁĘ! Kurwa, hus de bos nał?!

A potem przyszła pora na Telesfora (ni w chuj nie wiem kto to Telesfor, tata mi kiedyś o nim opowiadał…), czyli sanitariaty. Ale olać sracze, nudne są. Za to zmywanie naczyń, uzbieranych przez ten długi czas w moim pokoju, można porównać z wyprawą do Mordoru. I przypomnieniem sobie we wnętrzu Góry Przeznaczenia, że Pierścień został na kominku. Syf, który zasechł na miskach, po wyjęciu tych wierzchnich (oszczędnością miejsca było wsadzać jedną w drugą) śmierdział gorzej niż gówno po dwudniowym niesraniu i żarciu zgniłego ścierwa. Plus zaschnięty kepucz w bulionówce. Od dwóch miesięcy. Jestę geniuszę. I patentowanym leniem. Cóż…
Wspomnieć również trzeba o tym, że gdy potrzebowałem miski, a wszystkie były brudne (oczywiście leżały u mnie na komodzie) to szedłem do Stokrotki po nowe. Kilka złotych, bardziej się opłaca niż mycie…

O odgrzewaniu obiadu nie będę za dużo pisał, poza tym, że sos śmierci jest naprawdę ostry. I nie dojadłem tego obiadu. Robiłem go wczoraj, przyprawiłem go wczoraj, rozdzieliłem go wczoraj, dziś odgrzewałem, i dziś znów doprawiłem. Cóż, przewidywaniem nie grzeszę.

A do obiadku film. Dziś na ekran wrzuciłem Grawitację.
Grawitacja Potwierdziły się opinie tych, którzy widzieli w czyde. Bez czyde film jest słaby. Fabularnie i efekciarsko. Ktoś niedawno umieścił na swoim blogu (bez kitu nie pamiętam, gdzie to czytałem) zestawienie błędów filmowych z prawami fizyki, czyli jak to całe dryfujące gówno powinno się w kosmosie zachować. Nie pamiętam, zapomniałem, ale samodzielnie wykryłem jedno – gdy główna bohaterka spada (tak, to już chyba można nazwać spadaniem) i jej metalowa puszka zaczyna się spalać w atmosferze, ją samą (bohaterkę, nie puszkę) wgniata w oparcie, a długopis wesoło sobie lewituje… WTF?

Generalnie poza dwiema rzeczami ten film jest słaby. IMHO oczywiście. I za te dwie rzeczy daję 6/10. A oto te one dwie:
1) Sandra Bullock jako kosmiczna wiedźma – lata na gaśnicy. Zabawne, naprawdę szeroko się uśmiechnąłem.
2) Sandra Bullock ma (w moim odczuciu – takie mam fetysze) naprawdę zgrabne uda i łydki. Plus dla filmu, że to pokazał. I to też wywołało mój uśmiech.

A teraz wracam do czytania Pitera, potem może nauczę się supełków.
Miłej niedzieli.

Share This:

No Comments

Leave a Comment