I just had seeeeeeeeeeeex

Nie, serio to nie miałem. Po prostu wkręciła mi się piosenka, którą niedawno ponownie odkryłem. Na Jutubie, a jakże.
Mata, posłuchajta se. I pooglądajta też.

Wpada w ucho. Jakby kto pytał, to ten czarny to Ejkon. Tak się przynajmniej przedstawia na początku utworu.

Nigdy nie byłem zwolennikiem chwalenia się seksem. Ile to kto zaliczył panienek, jak często kto się bzyka, czy ile razy czyja partnerka daje swojemu partnerowi w jakimś tam przedziale czasowym. O ile jeszcze panegiryzowanie (fajne słowo, co nie?) igraszek w zakresie stałego związku byłem w stanie zaakceptować, to mierziło mnie (i dalej mierzi) wyliczanie zaliczonych na boku. Pomijając moralność, etykę i inne tego typu pierdoły, to jest to po prostu niehigieniczne. No i psychologicznie jakoś tak też źle działa, bo niby fajnie jest, rucham się i nie mam zobowiązań, ALE JEDNAK fajnie by było jakieś takie zobowiązania mieć, bo związek, to i przytulić, i śniadanie dostać, i masaż stóp choćby śmierdzące były.

Tak więc nie pochwalałem tego i nie pochwalam. Seks można też rozciągnąć na inne dziedziny. A właściwie samo opiewanie własnych dokonań. Chuj mnie obchodzi ile kto wyciśnie na klatę, ile kto zarabia, czy jak długiego kto ma fiuta (znowu seks, ech…), o ile nie przyniesie mi to, choćby potencjalnie (potencja – seks!) jakichkolwiek korzyści. Co innego jak ktoś chwali się, że ma najnowszy ultra mega super duper telefon, a co innego, jak pokaże, że zajebisty, i wskaże miejsce, gdzie za bezcen, albo chociaż pół ceny można takie cudo dostać. W moim osobistym przypadku telefon jest przykładem słabym, bo mój ma dzwonić i wysyłać smsy, ale wiadomo o co be.

Jest jednak jeden wyjątek, który mogę zaakceptować, a nawet akceptuję radośnie. Wyjątek jeden, a właściwie jeden aspekt, rozciągniony na całe spektrum możliwości, pliszkowego chwalenia ogonka. Gdy ktoś robi to tak radośnie jak ci trzej na klipie. Wówczas to już nie chwalipięctwo, a dzielenie się radością. Zamiast „paczaj jaki mam zajebisty telefon” można poetycko zaśpiewać „paczaj jaki ja jestem szczęśliwy, że mam taki zajebisty telefon!”. Różnica niby niewielka, ale wpływa na postrzeganie powyższego zjawiska i nastraja odpowiednio.

A teraz połączmy seks (seks!) i zachwalanie, i zastanówmy się nad najnowszym doradcą Antosia. Owszem, zgadzam się, że „poznacie ich po ich owocach” (swoją drogą, ktoś kiedyś porównał seks do Jogobelli – rozkosz ekstra dużego… ekhm… owocu), to SKĄD ON SIĘ KURWA WZIĄŁ? Rozumiem, studia za granicą, jakieś działactwo w strukturach partii, asystent Antosia, ale… dlaczego? Robili konkurs? Rekrutację? Bo to wygląda tak, że zaczął działać już po tym, jak asystentował obecnemu ministrowi obrony narodowej. Gdzieś wyczytałem, że w biurze poselskim był na praktykach, ale załatwić sobie takie praktyki to też nie w kij pierdział. Jego rodzice są dermatologami, matka doradza ministrowi zdrowia w Kuwejcie, ojciec kolekcjonuje doktoraty honoris causa. Ale wciąż… I tu przejdźmy do sedna. Może niewyżytemu dziadkowi spodobała się delikatna uroda a’la Harry Potter (ach te magiczne różdżki…) chłopaka i dlatego wziął go pod swoje skrzydła, a teraz dalej sprawuje nad nim pieczę i chce go wykreować na… nie chce mi się wymyślać. Dla mnie to jest kurewsko dziwne.

I tak, piszę o tym bo internet huczy. Za rządów PO nie sprawdzałem kto kogo zatrudnia, teraz też nie. Nie jestem stronniczy. Nawet lekko. Dla mnie jedna i druga ekipa jest chuja warta, w ogóle to zamach stanu, dyktatura albo anarchizm. Powrót do korzeni najlepiej. Kult Magna Mater i jebać politykę. Każden jeden będzie jadł, pił i spał, a za rozrywkę będzie miał zmagania siłowe i polowania.
I seks.

Share This:

No Comments

Leave a Comment