Już niedługo w naszych domach, pod naszymi sufitami, na naszych stołach…

…i w naszych oziębłych serduszkach. Co? ŚWIĘTA! Najbardziej magiczny (dla dzieci – choć nie wszystkich) i najbardziej wkurwiający (między innymi dla mnie) czas w roku. Co to w ogóle za okazja?
Chrześcijanie świętują w ten dzień (te dni?) narodzenie Zbawiciela. Jezusa Chrystusa. Boskiego J. Skąd wiadomo, że urodził się właśnie tego dnia? Gówno, nie wiadomo. Nie wiadomo nawet, czy żył ktoś taki jak Jezus, lekarze do dziś się spierają. Tak czy ptak, najpopularniejsze (bo nie najważniejsze przecież) święto… tfu! UROCZYSTOŚĆ chrześcijaństwa wyparła (bo uroczystość, nie święto) pogańskie obrzędy odbywające się z okazji przesilenia zimowego. Chrześcijaństwo zawsze się z butami wpieprza tam, gdzie go nie chcą, adaptuje się do zastanych warunków, bierze choinkę, i inne rzeczy, i oświadcza wszem i wobec, że to MOJE CHRZEŚCIJAŃSKIE ŚWIĘTO A POGANIE NIE MAJĄ TU NIC DO RZECZY. Tak? Tak.
Niech tam nawet. Pochodu chrześcijańskich morderców nic nie zatrzymało. Nie ma Świętowida, jest Jezus… OK. Ale jak się powinno świętować narodziny swojego BOGA? Czy nie czasem jakąś zadumą? Radością? Szczęściem? Ten czas zamiast wiarą i nadzieją jest przesiąknięty pogonią za materialnym gównem, które tak naprawdę nikomu nie jest potrzebne. Uśmiechamy się do siebie, bo musimy, bo wypada, wydajemy potężne pieniądze, bo Święta i prezent trzeba kupić. Spotykamy się w gronie rodziny, której nie znamy, a często nawet nie trawimy. Ile wytrzymamy uśmiechając się do siebie? Pół godziny? Ile rozmowy zdzierżymy, zanim zęby zaczną nam zgrzytać? Trzy linijki tekstu?
Rozmowy też są ciekawe. „Aleś ty wyrosła” – to zdanie zawsze zbija z pantałyku małe dzieci. To i inne podobne. Im człowiek starszy, tym mniej się rumieni, a bardziej się wkurwia. Nic tak nie męczy jak przymus rozmowy ze starą ciotką ze strony wujka żony konia brata, której nie widziało się od czasów dzieciństwa, z którą nie ma się o czym gadać, a która na siłę próbuje coś z nas wycisnąć. Do cholery, dajże mi zjeść tego karpia w spokoju, kobieto!
Właśnie, karp. Tradycyjnie (katolicko oczywiście) w Wigilię Bożego Narodzenia nie powinno się jeść mięsa ani pić alkoholu. Oprócz postu jakościowego również ilościowy – raz dziennie do syta. Raz, czyli podczas wieczerzy właśnie. Post ilościowy ma swoje nawet logiczne uzasadnienie. Im dłużej człowiek jest głodny, tym bardziej żołądek mu się kurczy, i potem mniej zje. Czysta oszczędność, no a poza tym przeżycie duchowe. Dla niektórych. A tymczasem od rana przy sprzątaniu człowiek się męczy, to i podje coś co chwilę, żeby „odzyskać siły”. I tak podjada, że się objada. A przy stole potem albo nie ma już miejsca na żarcie, i to co na stole, zostaje na śmietnik, albo apetyt jest większy niż w normalny dzień – bo cały czas utrzymywany był żołądek w stanie pobudzenia, nie kurczył się, a tyle żarcia do spróbowania! No i mięcho jest na stole bardzo często, co niweluje ten wyjątkowy nastrój. A może piwko? Czemu nie!
Śpiewanie kolęd… większość jest tak infantylnych, że-o-ja-pierdolę. Ale można pośpiewać… jak się człowiek postara, to nawet się łezka w oku zakręci, gdy wspomnienia z dzieciństwa powrócą. Ale przymuszanie do śpiewania jest już co najmniej dziwne. A tak w ogóle po co śpiewać? Bo tradycja? Niee, co to to nie. Trzeba się trzymać ustalonego od lat grafiku (grafika?), czyli najpierw opłatek, potem żarcie, potem śpiewanie, a na koniec – prezenty. Czyli co kupiła mi matka, a czego nie potrzebuję i będzie kolejnym gratem zajmującym mi miejsce w pokoju. Co roku mówię, że nic nie chcę. Bo nic nie potrzebuję. Naprawdę. Prezenty mnie drażnią, bo są z przymusu. Cieszy mnie, gdy dostanę coś bez okazji, cieszę się, jak ja dam komuś coś bez okazji. Prezenty na urodziny/imieniny/święta/pierdolnięta są odarte z radości. To jest coś, co MUSI być. I tyle.
Opłatek. Pierwszy punkt programu zostawiłem na koniec. Najbardziej żenujący element całego wieczoru. Pół biedy, jak ma się pięcioro członków rodziny plus 2-3 osoby krewne z rodziny dalszej-najbliższej. Wtedy EWENTUALNIE coś się wymyśli oryginalnego dla każdego, choć i tak będzie to okupione uciskiem na mózgoczaszkę i litrem potu. Ale jak na wigilii spotyka się familia licząca trzydzieści osób? W takim wypadku można nawet kogoś pominąć, najzwyczajniej w świecie zapomnieć, że tej cioci się jeszcze nie składało życzeń. Niby zdarza się… ale jak ta ciocia mimo wieku oscylującego wokół setki (bo co roku ma niekoniecznie więcej lat niż rok wcześniej) PRZYPOMNI SOBIE, że ze mną się opłatkiem nie łamała, to się jeszcze obrazi i cały nastrój wieczoru szlag trafi.
Widać więc, że szlag może trafić nastrój i nas w każdym momencie tego najbardziej rodzinnego święta. I na co to komu? Na co komu pieprzenie, że „w tym roku biedne święta, bo kasy nie ma”, ale niepotrzebnych prezentów cały wór, i żarcia cała góra, chociaż nie ma komu tego zjeść? Po co wciskanie się w garnitury, skoro to niewygodne jak cholera, a rozmów biznesowych prowadzić nie będziemy – przecież siedzimy w rodzinnym gronie! Po co zmuszanie do śpiewania kolęd ludzi, którzy śpiewać nie lubią/nie potrafią, i zamiast jednoczyć się w jednym (lub wielo-) głosie wkurwiają się na rodzinę, bo zmuszają, na siebie, bo nie potrafią, na Boga, że głosu nie dał. Po co te prezenty, bo przecież to one najbardziej niszczą ideę tego czasu? Po co?
Po jaką cholerę?
Jadę do domu na święta tylko dlatego, żeby zrobić rodzicom przyjemność. Że jestem. Odwiedzam ich raz na miesiąc, a przecież ludzie, którzy wyprowadzili się od rodziców, odwiedzają ich czasem dwa razy do roku. Raz na miesiąc. Oni ciągle nie mogą się przyzwyczaić do tego, że jestem już taki stary. Jadę więc, by być blisko, by uspokoić, że jestem, że mam się dobrze, że daję sobie radę, i tak, kocham Was, mamo i tato. Jadę tam… i zastaję pośpiech, rozpierdol, krzyki przy sprzątaniu, wnerwiające i wymuszone życzenia, wymuszone na braciach śpiewanie, ale śpiewają, bo przecież prezenty są najważniejsze.
No dobra, jadę do domu nie tylko dla rodziców. Bo karp. Karp w wigilię jest najlepszym co można zjeść. EVER.

Share This:

1 Comment

Leave a Comment