Komputerowy ołtarzyk

Gdy byłem mały, uzależniłem się od komputera. W wieku lat sześciu doświadczyłem pierwszy raz w życiu rozrywki w otwieranej skrzynce. Komputer był gruby, toporny, otwierało się go jak walizkę, ekran był czarno-biały, procesor 20 Mhz, brak myszki, tylko DOS i Norton Commander. Ale gry były. Koło Fortuny, Cycles, Bumpy, Dizzy w różnych wariantach. Potem był komputer z Windowsem 3.11. Niewiele więcej gier było na ten złom. Potem koledzy podostawali komputery, z Winem 95, 95. Potem znowu u mnie pojawił się Win 98. I wtedy właśnie, w czwartej klasie szkoły podstawowej, moje uzależnienie objawiło swoją poczwarną twarz. Nie potrafiłem znaleźć sobie miejsca, przestałem czytać książki, cały czas krążyłem wokół, jak to mój ojciec nazwał, i jak nazywa to do tej pory, „ołtarzyka”. Komputer był dla mnie najważniejszy. I to było złe.

Teraz, po latach stwierdzam, że i tak całe życie kręci się wokół komputera. Przynajmniej moje. I nie jest to złe. To jest normalne, to jest potrzebne, a często jest to miłe i przyjemne. Komputera używam do pracy. Do handlowania książkami. Do sprzedawania i do kupowania. Ale i do pisania również. Gdyby nie godziny spędzone przy komputerze, nie napisałbym i nie wydał mojej pierwszej (i mam nadzieję, że nie ostatniej) książki. Co prawda, z perspektywy czasu, nie jestem z niej tak zadowolony jak na początku, więcej, uważam, że jest słaba, i że mógłbym się postarać bardziej, napisać to inaczej, zrobić to lepiej. Ale już po ptakach, traktuję to jako doświadczenie, a następna pozycja będzie bardziej dopracowana. I to również stanie się za sprawą komputera.
Komputer stanowi też narzędzie do spędzania czasu z moją Ukochaną. Do obiadu lubimy obejrzeć film lub odcinek serialu, wieczorami gramy, a gdy któreś z nas odwiedza rodziców, dzięki komputerowi mamy ze sobą kontakt. Niby telefony też istnieją, ale o ileż wygodniej jest robić coś, a w drugim oknie przeglądarki czekać na odpowiedź od Lepszej Połówki (to o Niej ;-)).
Blaszana skrzynka (chociaż teraz to raczej laptop) pozwala na zakupy w internecie. Na sprawdzenie rozkładu tramwaju. Na znalezienie miejsca, w które chcemy lub musimy się udać. I to wszystko są rzeczy potrzebne, i obecnie bardzo naturalne. Nie zaniedbuję reszty swojego życia przez komputer, bo komputer przestał być przedmiotem uzależnienia. To narzędzie, tak samo jak buty czy czapka. Używam, kiedy potrzebuję, albo kiedy miło jest tego użyć, ale nie olewam dziewczyny, nie zapominam o posiłkach czy o załatwieniu sprawy w urzędzie, bo MUSZĘ siedzieć przy kompie.

Rozmyślając na temat komputera, podczas pisania o serialu, przyszło mi do głowy jeszcze coś. Obecnie razem z Lubą oglądamy Dextera. Ja oglądałem go już rok temu, a że Luba nie widziała go nigdy, oglądam z Nią drugi raz. Wiem więc, co będzie się działo. Jednak często Luba zapomina się, i pyta, „czy myślę, czy uważam, że ktoś coś”. I ja zachodzę w głowę, czy w ogóle takie pytania mają sens. Bo ja WIEM. Tak samo jak wiem, że słońce emituje światło. Czy sensowne jest pytanie: Czy uważam, że słońce świeci? Uważanie czegoś nosi znamiona domysłu. Czy uważasz…? oznacza: Czy domyślasz się…? Czy sądzisz, że…?
Czy myślałem, że [SPOILER!!!] Debra dowie się, że Dexter jest seryjnym mordercą? Nie myślałem, nie uważałem, nie sądziłem, bo już to wiedziałem. Od roku.
Niektórych jednak rzeczy nie pamiętam. Bo przez rok niektóre szczegóły można zapomnieć. Na przykład, w którym sezonie była akcja [SPOILER!!!] z typem przebranym za Minotaura? Zapomniałem. Cóż. Ale czy w takim wypadku można powiedzieć, że WIEDZIAŁEM? Ile razy, zwłaszcza w szkole, ktoś (nauczyciel) pyta o coś, a pytany stoi jak słup i nie może wydusić słowa. No przecież jeszcze wczoraj to wiedział. Jeszcze wczoraj się tego uczył, jeszcze pół godziny temu rozmawiał z kimś o tym. Wiedział. Ale zapomniał. A nauczyciel (to takie typowe) mówi: „no przecież wiesz to”. Wiem, czy nie wiem? Wiem, bo się uczyłem, zetknąłem się z tym, doświadczyłem wiedzy o tym, ale, kurwa, zapomniałem. Zapomniałem, wyleciało mi z głowy. A może nie wyleciało, może to tam jest, tylko schowane? To wiem, czy nie wiem?
Podobno można przypomnieć sobie nieistotne szczegóły zapomniane przez nas wiele lat temu. Coś, na co nigdy nie zwrócilibyśmy uwagi, ale nasz mózg to zarejestrował. Skoro można to przywołać, to musi to gdzieś być zapisane. Musi być „wiedziane”. Ale sami nie potrafimy tego przywołać. Wiemy więc, czy nie wiemy?
Nie wiem jak Wy, ale ja od tego zastanawiania się na tym, co wiem, że nie wiem tego co wiem mam lekkiego mindfucka…

Share This:

No Comments

Leave a Comment