Kosmiczna podróż przez skojarzenia

METAFIZYCZNE SIEDMIOMILOWE BUTY

Znacie to, gdy rozmawiacie z kimś o pogodzie, o kolokwium, które przed chwilą skończyliście pisać, o tym, że prawie przejechał Was samochód, albo że baba w monopolowym to kurwa, bo nie chciała sprzedać na krechę? Znacie to, że przypadkowe słowo czy zdanie w tej prowadzonej luźno dyskusji kieruje Was na nowy temat? Znacie to uczucie, gdy zaczynaliście od dyskusji na temat „co pijemy najpierw, piwo czy wódkę?”, a skończyliście na (jakżeby inaczej) punkcie materialnym o nieskończonej gęstości? Znacie. Nawet jeśli nie konkretnie to, to coś bardzo podobnego. I ja to znam. I dziś też tego doświadczyłem, tylko w nieco zmienionej formie.

Zaczęło się od artykułu, który znalazłem na Fejsbuku. W tekście znalazłem fragment o Teresie z Avilla, co ssała i połykała. Na wikipedycznej stronie owej Teresy nie znalazłem wzmianek o ssaniu i połykaniu, więc wróciłem do artykułu, i czytając dalej dojrzałem wzmiankę o Worze Szatana. Tak, Wór Szatana. Stary druh, ja i wór.

Wór Szatana w Googlach pokazał link do Adwokata Diabła. Skacząc sobie po filmach na filmwebie dotarłem do Django. Zauważyłem, że jeszcze go nie oceniłem. Nadrobiłem więc zaległość, zaznaczając piątkę. Na dziesięć. Film był słaby. Cienki jak siki pająka.

Filmweb podpowiedział, że Ukochana oceniła Django na 8. Wszedłem więc w Jej profil, by zobaczyć, co nas łączy, a co dzieli najbardziej. W zasadzie już po chwili miałem to w dupie, bo zobaczyłem ocenę 10 przy Mechanicznej Pomarańczy. Genialnym filmie Stanleya Kubricka. To znaczy… uważałem ten film za genialny, dopóki nie przeczytałem książki.

NAKRĘCANA POMARAŃCZA, PROSZĘ PAŃSTWA

Och, tak. Powieść jest dziwna. Początkowo bez słowniczka udostępnionego na końcu końcu książki trudno przeczytać jakiekolwiek zdanie, i zrozumieć choć część. Dobra, to jest niemożliwe. Tłumacz Robert Stiller wykonał kawał dobrej roboty tłumacząc tę powieść, ale i tworząc leksykon slangu, który jest językiem młodzieży w świecie przedstawionym.

W pewnym momencie, czytając Mechaniczną Pomarańczę, stwierdziłem, że gdybym znał trochę rosyjskiego (czytałem wersję R), to nie musiałbym ze słowniczka korzystać. No bo… takie wyrażenie „z uma szedłszy”. To co oznacza? Pociągnę z pamięci, bo pożyczyłem książkę i nie mam jej przy sobie, ale o ile dobrze pamiętam, oznacza to coś w stylu „udając głupka”. „Z głupia frant”. „Będąc pomylonym”. Pamiętacie piosenkę pseudolesbijek TATU pt. Ja so szla s uma (czy jak to się tam pisało)? Po angielsku All the things she said. A po polsku Postradałam zmysły. Znajomo brzmi, prawda?

Przy okazji przypomniałem sobie całe posłowie do Mechanicznej Pomarańczy napisane przez pana Stillera, w którym wyjaśniał on genezę powstania powieści, jak również wszelkie towarzyszące okoliczności społeczne. I postanowiłem zajrzeć do wikipedii. Pod hasło Robert Stiller.

I okazało się, że ten pan umarł dziewięć dni temu. Poszukałem w Googlach, że faktycznie, były jakieś wzmianki na jakichś tam portalach literackich, ale wydaje mi się, że ten facet miał tak szeroką bibliotekę tłumaczeń, znał tyle języków, że można było zaznaczyć to jakoś na Fejsie, czy gdziekolwiek, żeby mnie i mi podobnych ta informacja nie ominęła.

Cóż, może to dlatego, że miał żydowskie korzenie…

BRAKUJĄCE OGNIWO

Mechaniczną Pomarańczę oceniłem na 10/10. Byłem pod naprawdę wielkim wrażeniem. Po lekturze powieści ocenę zmieniłem na 8. Dlaczego? Bo film jest wybrakowany. Brakuje w nim ostatniego, najważniejszego i zmieniającego wszystko rozdziału. Podobno Kubrick nie wiedział o jego istnieniu. Tym gorzej dla niego.

I tak od brzydkiego Jezusa przeskoczyliśmy do śmierci tłumacza. Kinda creepy, isn’t it?

Share This:

No Comments

Leave a Comment