LGBT to chora sprawa, a ja mam szczęście, że jestem heteroseksualnym mężczyzną

Zacznę od końca, a potem wrócę do początku.

Przeczytałem wpis na blogu prowadzonym przez dwie kochające się kobiety. Nie spadnijcie z krzeseł, niewierni – żona i żona, małżeństwo, i to legalne. TO TEN WPIS. Zacząłem pisać komentarz, ale rozrósł się do tak sporych rozmiarów, że postanowiłem to wrzucić u siebie.

Wracając do tytułu – LGBT to chora sprawa. Bo tylko w chorym społeczeństwie mógł powstać podział na nas, normalnych, hetero, i na nich, zboczeńców, dewiantów, „nieheteronormatywnych”, LGBT i jeszcze więcej literek z plusem. Swoją drogą, nieheteronormatywny brzmi straszliwie metalicznie, jakby się mówiło o jakimś eksperymentalnym materiale laboratoryjnym… ale może coś w tym jest.

Podział na jednych i drugich, na tych, którym „się należy”, i tych, którym trzeba dopierdolić. A to prawem (związku nie zawrą legalnie), a to butem (niech zdycha pedalstwo). Podział, kolejny już na świecie, i kolejny w naszym kraju, w którym tych podziałów jest od chuja, bo u nas zawsze ktoś będzie lepszy, a ktoś gorszy, komuś trzeba się podlizać, a komuś dojebać. A normalne relacje? To chyba tylko we własnej rodzinie, którą i tak nie wszyscy mogą stworzyć, bo zabrania tego prawo, które w domyśle ma się obywatelami opiekować.

Mam niesamowite szczęście, że nie urodziłem się gdzieś w Afryce, bo tam bym już pewnie nie żył, ale w Polsce, gdzie jest w miarę normalnie. To znaczy myślałem, że jest normalnie, dopóki nie zacząłem dorastać, i wyrastać z tego popieprzonego katolickiego środowiska. Odkryłem, że geje i lesbijki to nie są jakieś potwory czy zjeby (ogólnie rzecz biorąc, bo statystyka daje w kość wszystkim), tylko zwykli, najzwyklejsi ludzie. Że można się z nimi zaprzyjaźnić, i nawet normalnie porozmawiać (z niektórymi). Ale też, że mogą dostać wpierdol tylko za to, że… nawet nie całują się na ulicy z osobami tej samej płci, tylko wyglądają jak płeć przeciwna. Poznany przeze mnie pewnego razu Piotr dostał wpierdol, bo przypominał kobietę. Serio, taką miał fryzurę, takie rysy twarzy i takie ciuchy, ale jednak widać było po nim, że chłop. A skoro widać, że chłop, co wygląda jak baba, to na pewno pedał. A taki zasługuje na wpierdol. No, oprawcy się w sumie nie pomylili, bo Piotruś był najbardziej stereotypową ciotą, jaką w życiu widziałem. Co nie zmienia faktu, że nie jest to żaden, najmniejszy nawet powód, żeby kogokolwiek choćby szturchnąć.

Mam niesamowite szczęście, że w tym popierdolonym kurwidołku urodziłem się heterykiem, bo kto wie, czy byłbym dziś w tak dobrej (jak na moją wagę) kondycji fizycznej. Na szczęście ani nie przypominam kobiety, ani nie jestem zbyt ładny, ani nie ubieram się jakoś szałowo, więc nikomu nigdy nie przyszło (no dobra, raz, ale to była inna sytuacja) do głowy, że jestem gejem. Więc i po mordzie za to nie otrzymałem.

Poznałem więc kilku gejów (z jednym blisko się przyjaźniłem), poznałem kilka lesbijek. I, biorąc pod uwagę moje bliskie kontakty z kościołem katolickim, początkowo myślałem, że będę czuł do nich jakieś obrzydzenie, że nie będę umiał z nimi rozmawiać, czy coś. Otóż nie, na szczęście mój mózg przeszedł nad tym do porządku dziennego. Dla mnie byli… swoi. Nie „oni”, nie „inni”, po prostu swoi, jak sąsiad, koleżanka z klasy, ziomek z podwórka. Nie widziałem powodu, by ich szufladkować jako jakieś ewenementy, czy kosmitów.

Lata mijały

technika poszła naprzód, Fejsbuk zastąpił Naszą Klasę. Wszyscy wiedzą, że na Fejsie jest cała masa różnych grup, grupek, stron, fanpejczy i innego syfu, gdzie ludzie obrzucają się błotem, gównem i wyzwiskami. Jako prowokator z zamiłowania i równościowiec z przekonania brałem w tych dyskusjach udział. Najczęściej oczywiście dotyczyły one pedalstwa, bo to jest zaraza, którą trzeba piętnować i wyplenić z naszego idealnego świata.

Główne zarzuty: że to przeciwne naturze (gówno prawda), że obrzydliwe (to nie patrz), że godzi w porządek świata (i tak jest burdel, więc co za różnica), że to wbrew religii (która jest przecież bardzo naturalna i stanowi podstawę egzystencji, oczywiście), że śmierć pedałom, ale lesbijki to, hehe, ja bym nawrócił swoim kutasem. Nie chce mi się przytaczać całokształtu tych dyskusji, każdy wie, jak one wyglądają, dość powiedzieć, że byłem po tęczowej stronie. I, co mnie w sumie dziwiło, ostatecznie większość dyskutantów stawała po naszej (NASZEJ), równościowej stronie. Poznałem w czasie tych bitew kilka fajnych osób, z którymi później utrzymywałem przez pewien czas kontakt.

Tu się pojawił pierwszy zgrzyt środowiskowy, bo tak jak popieraliśmy się w kwestii normalności homoseksualizmu, tak…

– kiedyś w Holandii zgwałcił mnie Murzyn => wszyscy czarni to bydło, zwierzęta, trzeba ich zajebać albo wywieźć z powrotem do Afryki

– wyszłam za ciemnoskórego i jest spoko, każdy powinien się wiązać z osobą o różnym od swojego kolorze skóry (?!) bo to (i tu nastąpił wywód tak absurdalny, że zapomniałem o co w nim chodziło, a nie udało mi się go znaleźć w archiwum FB)

– kościół katolicki to zło, bezsens, bzdura i pedofilia, ale archontycyzm (to to z demiurgiem i jakimiś reptilianami na kiju) najlepiej tłumaczy powstanie i działanie świata)

Z kolesiem od tego ostatniego myślnika to prawie na noże poszło, bo razem z kilkoma innymi osobami wytknęliśmy mu hipokryzję. Gnoi katolików, których wierzenia w sumie nie są zbyt skomplikowane, a usiłuje uzasadnić swoją wiarę w jakieś jaszczurki… Nawyzywał na nas, do mnie napisał kilka mało przyjemnych wiadomości, więc kazałem mu spierdalać. I na wszelki wypadek zablokowałem.

To mi pokazało, że nawet jeśli ktoś jest „spoko” w pewnych sprawach, to w innych może być zupełnie inaczej. I to się zaczęło też tyczyć samych homoseksualistów, za którymi, jak wtedy myślałem, zawsze stanąłbym murem.

Zacząłem zauważać rozłam wśród nich, tak jakby prowadzili swego rodzaju wojnę domową. Jedni chcieli po prostu żyć w społeczeństwie, nie wychylać się, nie dawać pretekstu do zniewag. Inni nazywali tych pierwszych zdrajcami (serio, zdrajcami, jak jacyś samozwańczy żołnierze zasr… klęci, czy coś), nawoływali do udziału w marszach i paradach, wyzwiska szły takim potokiem, że zacząłem się zastanawiać, czy to nie jakieś krety z ONRu. Jeszcze inni wprost pisali o tworzeniu bojówek i napierdalaniu heteryków, bo HOMO TO PRZYSZŁOŚĆ. No i na koniec ci co to mieli wyjebane na wszystko i wszystkich, stroili się w piórka i skórzane stroje dla miłośników BDSM, chodzili tak po ulicach, i w miejscach publicznych uprawiali szeroko pojętą miłość.

Do tych ostatnich wszyscy inni mieli pretensje, że przez ich kolorowe stroje i rozwiązłe zachowanie nikt w tym kraju nie traktuje ich środowiska poważnie. No i w sumie racja. W kraju omotanym katolicką ideologią nie do pomyślenia jest, żeby dwóch facetów trzymało się za ręce, a jak jeszcze na dodatek są półnadzy i ustrojeni jak na karnawał w Rio, to na zawał może zejść najbardziej krzepka staruszka.

Potem w całym kraju zaczęła się batalia o aborcję. Prawo do wyboru walczyło z zakazem mordowania. I o ile argumenty takie jak zagrożenie życia matki, letalne wady płodu czy wreszcie ciąża z gwałtu i związana z tym trauma były argumentami po jednej stronie, druga, między całą masą bzdurnych, niemerytorycznych i idiotycznych punktów dotyczących religii, odpowiedzialności za nienarodzone życie, etc. stwierdziła, że lesbijki będą sobie robić in vitro, żeby potem robić aborcje. Albo że lesby będą się ruchać z pedałami ćpając przy tym na potęgę, a potem, wiadomo – aborcja.

Nie wymyśliłem tego, ludzie owładnięci prawicowo-katolicką nienawiścią serio myślą, że takie rzeczy są na porządku dziennym.

Tak czy inaczej sytuacja prawna robiła się nieciekawa, zaczęły więc ruszać Czarne Marsze. Jako że wtedy jeszcze z Ukochaną rozważaliśmy posiadanie potomstwa, kiedyś, w przyszłości, sprawa dostępu do badań, i przede wszystkim, w razie przysłowiowego Szweda, prawo wyboru w sytuacji krytycznej, były dla nas istotne. W ramach wsparcia wybrałem się więc na Czarny Marsz w Gdańsku. Trzy lata temu. Ukochana nie poszła, bo nie wiedzieliśmy czego się tam spodziewać. Ona jest drobnej budowy, więc żeby uniknąć ewentualnych uszkodzeń ciała, poszedłem tylko ja. Jestem duży, trudno zrobić mi krzywdę, a ku większej pewności siebie założyłem glany.

Na miejscu miałem wrażenie, że taka masa ludzi może coś zmienić. Że można jakoś wpłynąć na władze, żeby poprawić, albo chociaż nie psuć prawa jeszcze bardziej. Ruszyliśmy, były przemowy, okrzyki, transparenty. Czuć było moc, jedność, wsparcie dla SPRAWY. Nawet przypięci do pomnika katole z transparentami ukazującymi obrzydliwe kłamstwa na temat aborcji nie zburzyły entuzjazmu.

Ale potem… do mikrofonu dorwali się jacyś socjaliści. Nie pamiętam już o czym kto tam gadał, ale przy okazji walki o prawo wyboru DLA KOBIET chcieli ukręcić jakieś swoje własne lody. Już było czuć rozłam. A na koniec były tańce zumby, co nie tylko u mnie spowodowało niesmak. No bo kurwa, pokazujemy, że nam zależy, że to poważna sprawa, że chodzi o zdrowie i życie tysięcy kobiet. A tam zgraja bab kręci dupami. Piękna puenta.

I znów katole i konserwy nie zobaczyli tego, o co ktoś chciał zawalczyć, tylko latające dupy i nakręcających się lewaków.

Potem było coraz gorzej

Różne grupy powiązane z walką o wolność, równość i siostrzeństwo (no bo braterstwo nie jest feministyczne ani równościowe) zaczęły iść w stronę ekstremizmu. Zresztą to się zaczęło na długo przedtem, tylko mam wrażenie, że po tych pierwszych Czarnych Marszach nabrało rozpędu. Niebezpiecznego nie tylko dla pierwotnego celu, ale i dla postronnych. Że wymienię tylko Dziewuchy dziewuchom i Seksizmu naszego powszedniego (chciałem podlinkować, ale się rozmyśliłem, bo według mnie oba fanpejdże to siedlisko straszliwego raczyska). Jeśli ktoś przypierdala się o rodzaj rzeczowników w słowniku języka polskiego (męski – np. minister) i uważa, że brak żeńskiego odpowiednika deprecjonuje kobiety, to albo sam ma coś z garem, albo to cały świat jest zjebany. Dla mnie to tylko słowo, a pani chirurg to pani chirurg, nie zaś „gorsza wersja chirurga”. Potem powstają takie potworki jak „chirurżka” albo „naukowczyni”. I jak to ma niby wyrównać czyjekolwiek prawa? A propagowanie otyłości w imię ruchu body positive, czy jak to się nazywa? Głupota, zaślepienie i zacietrzewienie. Oczywiście kto się z nimi nie zgadza, ten jest homofob, mizogin i zwykły chuj.

Albo ci, co „są dumni z tego, że są gejami”. A z czego tu kurwa być dumnym? Jak ktoś jest dumny z tego, że jest biały, to jest rasistą. Jak ktoś jest dumny, że jest hetero, to jest homofobem. Dumni z bycia Polakami są zaś… patriotami. A gówno, jak mawiał Nikodem Dyzma. Jeśli ktoś jest dumny z tego, co ma z, że się tak wyrażę, przyrodzenia, to znaczy że niewiele w życiu osiągnął. I niewiele da radę jeszcze osiągnąć. Być dumnym z tego, że było się najszybszym plemnikiem, z tego, że przypadek zarządził o kolorze włosów, oczu, kształcie stopy, orientacji seksualnej, czy wreszcie, choć od mikro przeszliśmy do makro, o miejscu urodzenia. Zajebiście, jestem dumny z tego, że ptak nasrał pół metra ode mnie, a nie na czubek mojej głowy. Duma aż ze mnie promieniuje.

Przestałem się już dziwić, dlaczego nikt nie traktuje gejów, lesbijek, feministek, równościowców i innych bojowników o lepsze jutro poważnie. Bo do mediów przebijają się jednostki ustrojone zbyt pstrokato jak na gust przeciętnego wyborcy w tym kraju, a poglądy, które głoszą, są nie tylko logicznie biedne, ale i agresywne (vide zamykanie do pierdla za negatywne nastawienie do homoseksualistów). Teraz już się nie mówi o równości, tylko o przywilejach dla konkretnych grup. Konserwy równość jeszcze by jakoś przełknęły. Ale pomysł, żeby w instytucjach państwowych i zakładach pracy było po 50% kobiet i mężczyzn? A gdzie tu miejsce na konkurs kwalifikacji? Problem nierówności trzeba rozwiązać, a nie przeginać w drugą stronę. No ale co ja tam wiem, ja się nie udzielam publicznie. I nie bez powodu taki nacisk kładę na wrażenia wizualne. Wszak polski widz, wyborca, obywatel, ten szary, statystyczny, wychowany w komunie, na to zwraca uwagę w pierwszej kolejności. Obojętnie co ma ktoś taki do powiedzenia, jeśli jest ubrany „niestosownie”, to na pewno pierdoli głupoty. Przewagę w telewizji zawsze ma garnitur nad luźnymi szmatkami.

Przyszedł rok obecny

Niesławny Marsz Równości w Białymstoku. Widziałem zdjęcia i filmiki, sławę zdobył tatuś zasłaniający się dzieckiem w wózku. Wyzwiska, latające kamienie. Wszechobecna nienawiść. Ale dopiero relacja Jacka Dehnela sprawiła, że poczułem… lęk. Zwykły, ludzki, strach.

Od pewnego czasu nie biorę już udziału w żadnych dyskusjach na Fejsie, bo nie ma już w nich dwóch stron, agresorów i broniących się. Teraz obie strony porozszczepiały się na frakcje. Przeciwnicy LGBT dzielą się na potencjalnych morderców, nienawistników, niechętnych, „tolerujących, ALE…”, i jeszcze kilka. Zwolennicy dzielą się na między innymi tych, których opisałem wyżej. I jeszcze więcej. Więc ja ze swoimi poglądami oberwałbym od wszystkich. Bo popieram równość, a nie nietolerancję. Bo popieram równość, a nie przywileje. Bo, i to też nie był odosobniony przypadek, jestem tym chujowym heterykiem, jak zostałbym gejem, to dopiero pokazałbym wsparcie (?!).

Nie biorę udziału w dyskusjach, nie biorę też udziału w marszach. Byłem raz, i poczułem, że nie o to chodzi. Może poszedłbym i drugi raz, ale czytając i oglądając to, co się dzieje w „Polsce B” poczułem, że grozi nam jakaś wojna domowa. Że jeszcze kilka takich marszów, i zamiast tolerancji, miłości i pokoju, nasz kraj po prostu spłonie. I ja na pewno nie będę chodził na takie eventy, bo życie i spójność mojego ciała jest mi miła. No i nie mam pewności, czy czasem z obu stron nie będą mnie bić.

LGBT to chora sprawa. Chory jest ten podział, na hetero i niehetero. Chora jest konieczność używania sformułowań takich jak „pod tęczową flagą”, istnienie zamkniętego środowiska, mówienie o „kulturze homo”, tak jakby to była jakaś inna humanoidalna rasa. To jest chore, bo przez jakieś upośledzone uprzedzenia społeczeństwo się rozwarstwiło i toczy się wojna. Wystarczyłoby być człowiekiem i pozwolić innym ludźmi być. Wszystko byłoby dobrze. Człowiek może żyć obok człowieka. Życie obok dziwadeł może być problemem. Życie obok potencjalnego mordercy problemem jest na pewno.

I nie byłoby trzeba używać w stosunku do ludzi słowa „tolerancja”. Nienawidzę używania go w zestawie z homoseksualizmem. Toleruje to się błędy w statystyce albo w ogóle zjawiska niepożądane. Jak można mówić, że toleruje się drugiego człowieka, którego jedyną „przewiną” jest to, że kocha osobę tej samej płci? A własne dzieci to też, kurwa, TOLERUJECIE?

Mam szczęście, że żyjąc w tym kraju, jestem białym heteroseksualnym mężczyzną. Egoistycznie patrząc, bezpośrednio nie dotyka mnie sprawa aborcji, nie dotyka mnie dyskryminacja społeczna czy prawna. Dotkną mnie podatki, ale, poza wąską grupą obywateli, podatki dopierdolą wszystkim po równo. To jest dopiero równość, wy pierdolone homofoby.

Myślę sobie, że gdybym był gejem albo inną osobą na podrzędnej pozycji (kobietą, dla przykładu), nie znalazłbym siły na jakąkolwiek walkę. Z pozycji supportera mogę sobie pisać na blogu czy fejsie, burzyć się i dyskutować, najwyżej mnie ktoś zwyzywa, ale tylko w internecie. W prawdziwym życiu nie walczę teraz i na pewno nie walczyłbym, gdybym był członkiem „społeczności LGBT”, nie angażowałbym się w żadne publiczne wystąpienia, nie chodziłbym na marsze, nie brałbym udziału w dyskusjach, gdzie od początku byłbym na przegranej pozycji, nie chciałbym ryzykować odrzucenia przez rodzinę i utraty ich wsparcia w innych niż seksualność aspektach życia.

W gruncie rzeczy jestem tchórzem, i ze strachu o życie własne i ukochanej osoby, wolałbym jednak pozostać w cieniu. Życie można przeżyć w ukryciu. A wystawiając się na odstrzał, można je stracić. Niech więc walczą ci, którzy mają ku temu predyspozycje, niech występują ci, którzy potrafią mówić, i mówią mądrze. Ci, którzy mogą coś w tej materii osiągnąć. A nie jednostki, które chcą tylko zaistnieć, i które wszystko ostatecznie spierdolą.

Wróg jest jeden, ciągle jeden i ten sam. A bojownicy, którzy są po słusznej stronie chyba zapomnieli, o co walczą. Czy dalej o równość, o przywrócenie odebranych praw? Czy może o utrzymanie status quo? Bo gdy się już osiągnie cel, nie ma o co wojować. A stawiane za cel wojowanie dla samego wojowania nikomu pożytku nie przyniesie.

Share This:

No Comments

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.