Licencja na matematykowanie

Dawno mnie nie było, więc pierdolnę coś od serca i dupska.

Oto jest ten czas, gdy matematycy (i nie tylko, ale z matematykami jestem związany szczególną…hmm…więzią…powiedzmy…) zdają swoje licencjaty. Właśnie, zdają, nie bronią. Jest egzamin, nie ma pracy. Pomijając fakt, że sam egzamin jest prowadzony pod studenta i nastawiony jest na jego zdanie, a nie przeegzaminowanie, to ludzie srają się z tym egzaminem, a jeszcze mocniej się srają, jak zdadzą. Ok, wiem, ja nie podchodzę w tym roku do licencjatu, najwcześniej za dwa lata. Ale nie chodzi mi o to, kiedy kto, a o samo podejście. Więc…licencjat gównem jest. To tylko nic nie znaczący dyplom…no, może i znaczy, wszak bez niego na magisterkę się nie pójdzie, o ile nie ma się magicznych literek „I-EN-ŻET” przed personaliami. Ale tak naprawdę, jest to licencja na…co? Na to, że można całkować? Brawo.

Kolega z roku napisał na fej-zbuku „licencjat obroniony”. No…cóż on takiego obronił? Wylosował pytanie, opracował je, pogadał z komisją, co było tylko formalnością. Nie musiał niczego bronić. Nie bronił żadnych (hipo)tez, żadnych teorii. Powiedziałbym, że właśnie dlatego nie śpieszy mi się do licencjatu, że jest on chuja wart, ale prawda jest, jak wiecie, inna.

Kończąc, bo chcę iść spać, chciałbym pozdrowić tych, którzy uważają, że licencjat otwiera im drogę do szerokiego świata. Ja mówię, chociaż nic nie znaczę, ale mówię, że drogę na świat otwieracie sobie sami. Nie żadnymi stopniami zawodowymi czy naukowymi, a swoimi umiejętnościami, talentami, osobowościami i pomysłami. Tego nie da Wam żadna szkoła, żadna uczelnia, żaden papier. Zwłaszcza taki, który jest TYLKO papierem i formalnością.

Dziękuję, dobranoc.

Share This:

No Comments

Leave a Comment