Miasto kości

W związku z tym, że nie mam co robić, postanowiłem obejrzeć film. Randomowy. No, zanim zdecydowałem się na random, próbowałem coś wybrać, ale z nadmiaru możliwości wybór ten okazał się niemożliwy. Więc „na kogo wypadnie, na tego BĘC.

Miasto kości Loteria wylosowała Dary Anioła: Miasto Kości. Film na podstawie powieści Cassandry Clare (chyba tak to się pisze, a jestem aż tak nielogicznie leniwy, że piszę to wyjaśnienie w nawiasie zamiast poszukać w internecie) od samej premiery jawił mi się jak jakieś gówno pokroju Zmierzchu. Śliczna lasencja w opałach, demony z twarzami Martina Keamy’ego i Dredgera (odpowiednio Lost i Sherlock), albinotyczny przystojniak i zakochany nerd, a ona miota się między nimi. BLECH. Jednak wciągnęło mnie. Kino niezbyt wysokich lotów, ale ogląda się bardzo przyjemnie. Jest jakaś fabuła, jest akcja, jest i niepewność, do końca nie wiadomo kto jest kim…
Ale tytułowe Miasto Kości pojawia się tylko na chwilę. I nie odgrywa jakiejś szczególnie ważnej roli.
Cóż mogę napisać – jak nie macie nic innego do roboty i lubicie bajki, to obejrzyjcie. Jak dla mnie 6/10.

Share This:

No Comments

Leave a Comment