Millennium bez Millennium

Dziewczyna ze Szwecji Obejrzałem dziś w końcu do końca i skończyłem. Huh. Oglądałem z przerwami. A właściwie oglądałem w przerwach na jedzenie.

Film… na podstawie? Na motywach? Adaptacja? Ekranizacja? Długi cętkowany kręty wie. To, co słyszałem do tej pory, to to, że (to to totototototo) jest to (i znowu to) lepsza edycja od tej z Craigiem. Amerykanckiej nie widziałem. Szwedzkom widziałę. Jest… dobra. Ale chyba bardziej dla kogoś, kto książki nie czytał. Wielokrotnie podczas oglądania ekranizacji powieści uprzednio przeze mnie przeczytanych odczuwałem coś dziwnego, gdy obraz widziany różnił się od obrazu wyobrażanego. Ale to jest do przełknięcia. Każdy ma inną wyobraźnię, twórcy mogli mieć inną wizję niż ja. Ale w dalszym ciągu jest to to, o czym czytałem. Natomiast przewkurwia mnie, gdy pomija się pewne wątki. Ok, rozumiem, ogranicza nas czas, mniej ważne trzeba wyciąć (albo zrobić serial, jak Gra o tron!), ale do chuja ciężkiego wacława kurwa mać nie te bardzo ważne!

Rzecz się nazywa Trylogia Millennium. A w tym filmie, na podstawie pierwszego tomu, gdzie Millennium działało bardzo wiele, redakcja jest pokazana dwa razy. Albo trzy. Pominięto wiele wątków, między innymi romansów Mikaela. Samo śledztwo w sprawie Harriet było uproszczone jak prącie wyjęte z ciasnych gaci. Brakło też drugiej części zadania, tej oficjalnej. I kto im, kurwa, pozwolił ujawniać małą Lisbeth z… noż. Do chuja.

Także najpierw przeczytajcie, a potem próbujcie oglądać.
Film jest dobry. Ale nie za dobry. Zobaczymy jak dwie kolejne części, ale ta pierwsza wiele dobrego nie wróży…

Share This:

No Comments

Leave a Comment