Miszcz i Gośka

Za dzieciaka zastanawiałem się często czym jest wolanda. Brzmi jak weranda, czyż nie? Zapewne jest więc to jakiś element architektoniczny. Do wolandy się chodziło, pod wolandą się spotykaliśmy. Wolanda była kilkanaście metrów od mojego domu.

O co chodzi? Ano o młyn nad Trynką w Grudziądzu.

mlyn-wolanda

Za gówniarza myśleliśmy, że po lewej jest młyn, a po prawej wolanda. W młynie nie byłem nigdy. Do wolandy wlazłem raz. Po wodę dla kota należącego do bezdomnego. Czy tam bezdomnej, nie pamiętam już.

W trakcie czytania Mistrza i Małgorzaty autorstwa Michaiła Bułhakowa doszedłem do wniosku, że brak internetu uczynił moje dzieciństwo głupim. Salon gier Młyn i dyskoteka Wolanda nagle zlepiły się w całość, w dominium Szatana. Młyn Wolanda. Takie to było proste. Diabelski młyn, ot co!

Co do samej powieści… oczekiwania miałem potężne. Wystarczy wspomnieć licealną dyskusję o literaturze, którą przeprowadziłem z Szatanem (Marcinem, nie Wolandem). Otóż ów Szatan twierdził z niezachwianą pewnością co do własnej racji, że ktoś taki jak Stephen King nie może być dobrym pisarzem. No bo jaką jakość może mieć powieść pisana w kilka tygodni? Jeśli (w przybliżeniu zapewne) autor ten wypuszcza średnio jedną powieść na kilka miesięcy? Za to taki Bułhakow, to co innego. On tego Mistrza i Małgorzatę to pisał tyle lat, i nawet zniszczył wszystko, bo mu się nie podobało i pisał od nowa. Bo to jest wspaniały autor, i to jest wspaniała powieść.

Wówczas jeszcze nie czytałem nic Kinga, ani nic Bułhakowa, zwłaszcza owej genialnej według Szatana powieści, ale w tym momencie mam na ten temat coś do powiedzenia. O ile zdecydowana większość powieści Kinga, z którymi miałem do czynienia, jest przynajmniej bardzo dobra, to na Mistrzu i Małgorzacie się trochę zawiodłem. Spodziewałem się dzieła poważnego, wzniosłego, etc. Dostałem lekką powieść napisaną z humorem i prześmiewającą (zapewne) ówczesne rosyjskie społeczeństwo. Miejscami było śmiesznie. Miejscami próbowało być wzruszająco. Ale nie nazwałbym tego „arcydziełem”, bo mnie to zwyczajnie nie porwało. Nie urwało mi dupy. I nawet cierpliwość nic tu nie zmieni.

Być może „nie zrozumiałem tej powieści”, prawdopodobnie „jestem na nią za głupi”. Ale ja nie czytam literatury, żeby komukolwiek cokolwiek udowodnić. Czytam dla przyjemności. I naprawdę nie uważam, żeby czymś karygodnym było to, że po dwóch tygodniach niewiele z takiej powieści pamiętam. Czytam dla siebie, przeżywam powieść razem z bohaterami, a po zakończonej przygodzie tęsknię. O ile była wspaniała i na tęsknotę zasłużyła. A po „arcydziele” Bułhakowa nie mam tzw. kaca książkowego. Od razu zacząłem czytać kolejną książkę.

Żeby nie było, że to dzieło jest słabe. Jest to dobrze napisana powieść, z miłymi dla ducha postaciami. Co prawda wszyscy wydają się obłąkani, i jedynie sam diabeł zdaje się być normalny. I w zasadzie mimo iż nie jest on bohaterem tytułowym, jest bohaterem głównym powieści. Takie odnoszę przynajmniej wrażenie.

Co ciekawe, mimo że Woland na samym prawie początku utrzymywał, że Bóg istnieje, owego Boga w całej powieści nie spotykamy. Nie ma go. Jest Jezus (heretyk Jeszua, hehe), jest Mateusz Lewita, uczeń heretyka, są diabły i demony. Ale Boga – brak. Cóż… może diabeł kłamał. Co nie byłoby dziwne, gdyby nie to, że Woland był diabłem bardzo słownym i prawdomównym.

Moja (przyszła mam nadzieję) teściowa podobno uwielbia tę powieść. W tej kwestii nie będziemy mieć wspólnych zainteresowań. Niestety, a może i stety. Muszę z nią kiedyś porozmawiać o tym, co jej się w Mistrzu i Małgorzacie tak bardzo podobało. Może to otworzy mi oczy na pewne elementy, których nie dostrzegłem, lub których nie zrozumiałem.

Reasumując: powieść czytało się fajnie. Nawet przyjemnie. Aczkolwiek nie jest to pozycja, do której mam zamiar wrócić w przyszłości, zarówno bliższej, jak i tej dalszej.

Share This:

No Comments

Leave a Comment