Nie cierpię przeprowadzek

Tak jak w tytule. Nie cierpię, a wręcz nienawidzę. Jest to nienawiść oparta na doświadczeniach z kilku przeprowadzek dotyczących miejsca zamieszkania i kilku(nastu?) mniejszych przeprowadzek dotyczących pewnego fragmentu mojego stanu posiadania.
Nienawidzę zbierania rzeczy do kartonów, mając świadomość, że po rozpakowaniu przynajmniej ćwierci z nich nie będę umiał dopasować do szaf/półek/czegokolwiek, więc zostaną w kartonie na wieki.
Nienawidzę transportu. Czyli ładowania tego do samochodu, zamartwiając się, czy na pewno dobrze wszystko zabezpieczyłem, czy nic się nie zniszczy, nie zgniecie, nie pęknie. Nienawidzę też taszczenia tego w komunikacji miejskiej, bo i takie przeprowadzki się zdarzały. I to tego pierwszego typu. Udało mi się raz przewieźć cały dobytek autobusami i przenieść wcale niemały kawał na pieszo. Oczywiście nie na raz. Co tylko pogłębia moją nienawiść, bo to ewidentna strata czasu…
Nienawidzę rozpakowywania tego wszystkiego. Już po pięciu minutach nic nie można znaleźć w syfie, który utworzył się sam po wypakowaniu kilku kartonów.
Nienawidzę tej niepewności: „czy na pewno wszystko zabrałem”?
Ale chyba najbardziej nienawidzę noszenia. I tutaj wchodzi też element pomocy innym w przeprowadzce, bowiem pomoc ta wyraża się tylko i wyłącznie w noszeniu. Jeden, dwa, pięć kartonów – spoko. Ale kiedy pot ciurkiem spływa między pośladkami, twarz piecze od chłodnego powietrza, a mięśnie zaczynają szeptać „NIE-E-E”, zaczyna być niemiło, a koniec całej tej zabawy jawi się jak zbawienie wieczne.
Wczoraj miałem okazję pomagać w przeprowadzce. Razem z kumplem nosiliśmy szafy, łóżka, kartony, wory, torby, etc. Po pół godziny stwierdziłem, że tego dnia odpuszczę sobie trening – na wczoraj przewidziane miałem bicepsy, a te właśnie zaczęły mnie boleć. Po godzinie byłem już pewien, że trening mam zaliczony z rana – moje plecy też powiedziały „ale jesteśmy zmęczone”.
W końcu koniec. Ale ten dzień nie był do końca stracony.
Po zabawie w noszenie pojechałem odbyć stosunek spotkanie z Pietrem, z którym nie widziałem się od lat bez mała dwóch. Było całkiem miło i sympatycznie. Stosunek Spotkanie zakończyło się remisem. Muszę stwierdzić, że coraz lepiej idzie mi celowanie.
Przeskoczmy do dzisiejszego poranka. Czuję dokładnie, że gdybym wczoraj zdobył się jeszcze na trening, wyjście z łóżka prawdopodobnie odbywałoby się przez turlanie. Łapy bolą, grzbiet boli, a do tego wszystkiego pojawiła się myśl: „nie słuchaj Zająca”. Dlaczego? Otóż podczas noszenia stwierdziłem, że powinienem założyć szalik. Co prawda rozgrzewałem się coraz bardziej wysiłkiem, jednak wiejący wiatr był coraz zimniejszy. Zając zaś, który był moim współnosicielem stwierdził, że noszenie szaliczka jest dla ciot, czy coś w tym guście. No dobra, może i nic podobnego nie powiedział, ale w jego spojrzeniu wyczułem pogardę. Szaliczka więc nie założyłem. Co okazało się błędem.
Bo mnie zawiało. Bolą mnie łapy, boli mnie grzbiet, boli mnie wszystko, nawet gardło trochę.
Nienawidzę przeprowadzek…

Share This:

No Comments

Leave a Comment