Nie zmieniaj się…

nie zmieniaj się

Trafiłem na to przeglądając demotywatory. Chwila zastanowienia, i…no tak. Pasuje do mnie…

Siedzę teraz i zachodzę w głowę jak mogłem być tak głupi… moje myślenie tak odmienne od obecnego. Jednak jak człowiek jest zakochany to robi same głupoty… Tylko po co?

Po to, by utrzymać związek, na którym mu zależy? Jeśli tak, to czy zależy mu na związku, czy na tej drugiej osobie? Może ten związek mu się po prostu „opłaca”… No cóż, w biznesie nie wszystkie inwestycje są bezpieczne…

Po to, by mieć święty spokój? No skoro źle mu z partnerką/partnerem, to dlaczego nie zakończy układu, który jest chory?

Oto ja. Mistrz związków.

Szczęście przysłoniło mi resztę świata. Byłem z nią, była moją dziewczyną, kochała mnie, to było spełnienie marzeń. Każdą chwilę poświęcałem właśnie jej. Przyjaciele, rodzina, szkoła, to się nie liczyło. Najważniejsza była ONA. Aż to pierwszego rozstania, które nastąpiło po trzech miesiącach. W sylwestra. Rano. Teraz sobie żartuję, że sylwester z Kamilem to była lepsza opcja niż sylwester ze mną…
Krzyś mówił „jeśli do niej wrócisz, będziesz idiotą”.
Krzyś miał rację…

Zaczęły się kłótnie, zdrady, fochy… Ale dalej byłem szczęśliwy…trochę… Chciałem być. No więc trzeba było iść na kompromisy. Wyglądało to tak, że jak wychodziło na moje, to byłem najgorszy, nie kocham jej, ona mnie nie obchodzi. Jak wyszło na jej, to byłem najukochańszy na świecie. Ale i tak chujem, bo się sprzeciwiałem.

Nie utrzymywałem kontaktu ze znajomymi. Bo ona nie chciała. Później chciała, ale ja nie chciałem. Bo wiązałoby się to z zabieraniem jej z sobą. Aspołecznej suki, która nawet w towarzystwie strzelała fochy.

Straciłem przyjaciela. Przez nią. I przez swoją głupotę… bo kiedy kobieta stawia (za namową matki) ultimatum: ja albo on, powinno się wybrać przyjaciela. Ja wybrałem ją. Na szczęście później wszystko się ułożyło. Właściwie dzięki niej, ale była nam to winna.

Zdrady…no cóż, nie jestem dumny ze sposobu w jaki sposób zdobywałem dowody, ale warto było. Gdyby nie to, pewnie cały czas tkwiłbym w tym gównie. Ale wtedy nie rozstałem się z nią (kilkanaście razy) bo płakała, że przeprasza, że „tak wyszło”, że mnie kocha, żebym jej nie zostawiał, bo nie ma nikogo innego itepe, itede. Trzeba było olać ją wtedy…

Obiadki u teściowej też zrobiły swoje. Właściwie nie obiadki… po swoim obiedzie przychodziłem do swojej „wybranki”. No bo chodzi się do swojej dziewczyny (ona do mnie nie chodziła, bo nie lubiła mojej rodziny – mama i siostra wierzące, nie ubierające się modnie itp. Dla mnie to normalne, dla niej chore…). Jej matka stawia obiad. Ja mówię, że dziękuję, jadłem. Matka: „nie rób mi przykrości! Bo się obrażę”. Córka: „Jedz, nie wkurwiaj mnie”. Nie chcąc kolejnych fochów, jadłem…
Brak aktywności fizycznej dobił to wszystko i zacząłem tyć. Nie chodziliśmy na spacery, bo jej się nie chciało. Wolała rozjebać się przed telewizorem. Jak chciałem iść sam na spacer, to „nie poświęcałem jej czasu”. Teraz prowadzę „osiadły” tryb życia i nie mogę zrzucić tego brzuszyska. Cóż…mam pamiątkę po MBL. Aż parsknąłem jak to napisałem.

W końcu miarka się przebrała, więc skompletowałem „dowody” (umawiała się nawet z jakimś totalnie obcym czterdziestolatkiem na wakacje…), wysłałem jej wieczorem mailem, zafundowałem jej noc jakiej jeszcze nigdy nie przeżyła (do tamtej pory, bo po naszym ostatecznym rozstaniu dwa miesiące temu zaczęła się puszczać – seks zawsze jest najlepszy. Szmata). Usnęła z uśmiechem na ustach. Rano zrobiłem sobie herbatę. Siadłem do komputera. Zadzwonił mój budzik. Obudziła się. Z uśmiechem. Ja też się uśmiechałem. Powiedziałem, że wysłałem jej wczoraj coś fajnego mailem. Ona ciągle się uśmiechając usiadła do komputera, otworzyła pocztę, otworzyła maila i…uśmiech opadł, ręce jej opadły, po kilku sekundach zaczęła płakać. Płacz przerodził się w szloch, szloch w czarną rozpacz. Piotr i Ami pamiętają efekty dźwiękowe z tamtego poranka.
Zemsta była słodka.
Cały czas się uśmiechałem.
Ale co z tego, skoro rok później i tak do siebie wróciliśmy. Na kilka miesięcy. I zniszczyła mnie do końca…

I to wszystko przez moją głupotę. Na początku chciałem być taki, jak ona by chciała, żebym był. A teraz nie ma już dawnego mnie. Umarł.

Nie zmieniajcie się dla partnerów. Miłość to jedno, ale nie warto być z kimś, kto nie chce brać Was z Waszymi wadami. Wady są częścią nas. Ukrycie ich nic nie da. Po jakimś czasie i tak wypłyną. A wtedy robi się Armageddon…

Share This:

No Comments

Leave a Comment