O moim (nie)alkoholizmie słów kilka

Na początek artykuł co link do niego znalazłem gdzieś na fejzbuku.
A teraz znów o mnie. Taki się ze mnie narcyz zrobił ostatnio, że aż o ja jebe.

Alkohol zacząłem pić późno-wcześnie, lub wcześnie-późno. Pieprzenie alkoholika, powiecie, a może najebany przy pisaniu, a może ma na imię Pszemeg?
Nie.
Nie liczę tych razy/razów/sytuacji, gdy dostawałem od ojca łyka piwa, bo to się nie liczy. A i tak nie wiem po co brałem tego łyka, skoro piwo śmierdziało i gorzkie było. Pierwszy raz, gdy ŚWIADOMIE piłem alkohol, zdarzył się gdy miałem lat 14. Zamiast na poranne rekolekcje poszliśmy do kumpla. Wtedy to, olaboga, wypiłem całego Lecha. Ledwie. I nie chodzi mi o kaczkę, jeno o tego szczocha w zielonej puszce. Śmierdział, był gorzki jak ja pierdolę, nie byłem (powtarzając po mojej Ukochanej) safotolony z tego. No ale kij. Pośmiałem się z ludźmi, byłem świadkiem naprawdę patologicznych (jak na mój ówczesny gust) sytuacji, i w ogóle spędziłem mile dziwne, lub dziwnie miłe przedpołudnie.
Oni się tam prawie ruchali, a mi było z tym dziwnie.

Drugi raz to były andrzejki. Pół roku później. Ryża przywiozła wino zrobione przez jej ojca. Wino lub nalewkę, stawiam na to drugie, bo teraz już wiem, że nalewka z wiśni najczęściej jest słodka jak chuj ojca dyrektora w ustach Waszych babć, a wino zazwyczaj już takie słodkie nie jest. Ale wtedy to się nazywało WINO. No i było zajebiście dobre. I wypiłem tego WINA pół litra – jedną butelkę po mineralce. Wypiłem, bo dobre było. Reszta piła piwo, a mi piwo w dalszym ciągu nie smakowało. Bo nie.
Potem wziąłem ten trunek od Ryżej na wycieczkę szkolną. Było wesoło. I smacznie.

Potem był sylwester. I znów swojaszcze wino, ale z innego tym razem źródła. Od gospodyni, którą była przyjaciółka mojej ówczesnej dziewczyny. Trochę niesłodkie, ale w dalszym ciągu dobre. I tu piłem, bo smakowało, nie upiłem się, bo nie piłem zbyt dużo.

A rok później…
Z inną dziewczyną, u innych ludzi, sylwester z wódką. No wtedy to się pochlaliśmy konkretnie. Bo dzieci, bo wódka dobrze wchodzi, bo jest fajnie, szum w głowie, śmiesznie się dzieje…
I przez kilka kolejnych lat tak właśnie było umotywowane moje picie. Najebać się konkretnie, do porzygu. Bo zanim się porzygam, to będzie zajebiście śmiesznie. Zawsze ktoś coś śmiesznego zrobi lub powie, zawsze coś się będzie dziać, i zawsze było to zaskoczenie, że „to już mnie wzięło?”. I był taki etap w moim życiu, na przełomie liceum i studiów, że wódkę ze szklanek piłem. Jak mężczyzna. To za ojcem pana młodego z „Testosteronu”. Bo tak było bardziej męsko. I szybciej się człowiek upijał. A że szybciej rzygał… Wszyscy rzygali.
Piwo w dalszym ciągu było be.

Będąc na pierwszym roku Matematyki, a był to już trzeci rok mego studiowania, zacząłem chodzić na imprezy do pubu, i na domówki. Takie zajebiste towarzystwo. Piłem te szczochy, bo coś pić trzeba, a piwo piliśmy znacznie częściej niż wódkę. Ale alkoholizacja otrzymała kolejny wymiar – oprócz przemożnej chęci najebania się, dodatkowym powodem chlania było rozwiązanie języków ku filozoficznym dyskusjom. Z nikim tak dobrze mi się nie rozmawiało o filozofii jak z matematykami, z nikim tak dobrze mi się nie dyskutowało o Piśmie Świętym, jak z Adamem S. Bobo powiedział, że to był najnudniejszy wieczór w jego życiu. A z Adamem, który deklarował się jako „ateista i jebać religię” gadaliśmy kilka godzin o świętej księdze katoli. Było bosko.
Gdzieś w tamtym okresie mojego życia odkryłem miodowego Ciechana… a tym samym małą i ukrytą półkę z piwem, które jest DOBRE. W tamtej chwili pokochałem piwo. No, może „pokochałem” jest tu lekką przesadą, bo zalatuje alkoholikiem, ale „polubiłem” jest zbyt mało intensywnym słowem.
Od tamtej pory piję ciemne piwo. Uwielbiam smak palonego słodu, aromaty czekolady i kawy, słodki ciężar na żołądku… są też piwa jasne, które lubię, jak np. Żywe, ale to rzadkość. Ciemne rządzą. I piję nie po to, żeby się najebać, mimo że i tak jest to nieuchronną konsekwencją mojego picia alkoholu, ale po to, żeby się DELEKTOWAĆ.
Ostatnimi czasy (miesiącami, a może trwa to już rok z okładem) nie mam w zwyczaju pić alkoholu w domu bez okazji. Piło się spirytus co wieczór, nie czuło się nawet, że pije się alkohol, po trzech takich drinkach człowiek miał już ostro w czubie. A na drugi dzień zastanawiał się człek, czy na pewno pił wczoraj, bo nie było żadnych negatywnych efektów. Mimo to – nie piję tak.
Obecnie alkohol w większych ilościach (więcej niż jedno-dwa piwa/kilka kieliszków nalewki) piję przy okazjach typu spotkanie/urodziny/imieniny/kręgle. Do filmu/serialu stosuję przedział niższy – piję dla smaku.

Czy jestem/byłem alkoholikiem? Mogę odpowiedzieć na to pytanie dzięki prostemu testowi.
NIE.
Bo:
Nigdy nie MUSIAŁEM pić alkoholu. Nigdy nie czułem przemożnej chęci napicia się. Nigdy nie czekałem z utęsknieniem na moment, w którym umoczę wargi w tym zdradliwym płynie. Nigdy. Zawsze piłem mniej lub bardziej, ale ŚWIADOMIE, bez przymusu. I obecnie miewam bardzo długie okresy abstynencji, bo po prostu nie ma okazji, żeby się napić. Okazją są wymienione wyżej spotkania. Na przykład. Idąc do akademika wolę się trochę „podchmielić”, dla rozwiązania języka. Lepiej się rozmawia. A potem jakoś idzie. Ale nie to, żebym nie miał umiaru. Znam swoje możliwości i dostosowuję ilość trunków do tego, co jeszcze muszę zrobić. Bo czasem trzeba jeszcze wsiąść w transport i dojechać do domu. A czasem można się uwalić w gościach.

Są ludzie, który mają rytuały. Co wieczór MUSZĄ wypić jedno lub dwa piwa. Po prostu. Nie uchlewają się, nie mają problemów z ilością alkoholu. Ale MUSZĄ wypić. To jest właśnie alkoholizm. Brak piwa wieczorem, przy oglądaniu wiadomości w telewizji skutkuje rozdrażnieniem.
Mnie to na szczęście ominęło. I nie rozumiem też jak można smutki i żale topić w alkoholu. Raz na smuty próbowałem się uchlać w samotności. Upiłem się. I zapytałem sam siebie – po co? W czym mi to pomogło? To był pierwszy i ostatni raz.

Niektórzy z Was może mają podobnie. Podobnie do mnie, lub do innych opisanych wyżej ludzi.
Ale się nie dowiem, bo i tak nikt tego nie czyta XD
To się wywnętrzniłem, idę nie pić dalej – pranie trzeba powiesić, itepe.
Nara kapcie.

Share This:

No Comments

Leave a Comment