Ocet winny złym pomysłem nie jest wcale…

Tak sobie czytałem kiedyś, dawno, dawno temu, powieść jedną, poleconą mi przez mego Tatusia. Powieść miała tytuł „Byłem niewolnikiem Hunów”.
Pomijając niemal całą fabułę, był tam bardzo ciekawy moment. Otóż bohater nabawiwszy się dżumy, rzygał krwią, i bardzo chciało mu się pić. Namacał za plecami manierkę z winem, którą dostał przed bitwą. Okazało się, że wino skwaśniało. Pił więc ocet, który, o dziwo, lekarstwem był niezmiernie skutecznym na jego dolegliwości.
Dlaczego co to piszę?
Boć, kurważ mać, wino stoi trzeci dzień po otwarciu obok biurka, a już jest kwaśne jak sperma konia.
Ale jeszcze kopie.
Piję więc.

Wiśta wio!

Share This:

No Comments

Leave a Comment