Pan Pierożek udaje się na eme(f)ryturę

Kolejny raz się powtórzę. Po pierwsze dlatego, że jedną z moich licznych cech (tutaj damy gwiazdkę*) tudzież parametrów, jak zwał, tak zwał, jest właśnie powtarzanie się. Czasem dlatego, by mieć pewność, że rozmówca (tudzież czytelnik) na pewno będzie pamiętał o tym, co mu mówię (piszę). Również dlatego, że mam tendencję do zapominania o wielu rzeczach, jednocześnie zapamiętując nieistotne szczegóły, do chuja mi się nie przydające. Na przykład, po co mi pamiętać, że pracownik centrum medycznego po wyjściu z szatni zostawił na podłodze pełno piachu, który wypadł mu z bieżnika podeszwy? No.

Jest jeszcze jedna przyczyna mojego powtarzania się. Powtarzalność historii. Bo historia kołem się toczy, lubi się powtarzać, i generalnie jest kurwą, bo większość uczniaków chce ją zaliczyć, ale na piwo z nią nie pójdzie. Tak czy ptak – będę się powtarzał. Ale nie będę zaznaczał gdzie. Chcecie, to sami się domyślajcie. A jak nie, to… też dobrze.

Teraz wyjaśnimy gwiazdkę(*). Liczne cechy ma każdy człowiek. Tamto zdanie wyżej brzmi, jakbym tylko ja miał sporo cech, ale nie przejmujcie się, Wy też możecie być wyjątkowi. Półmózgowie to też cecha. Debilizm i wszelkie dysleksje, których istnienie nie zostało potwierdzone, a które sprowadza się do wspomnianego wcześniej debilizmu i/lub lenistwa, też mogą być cechami. Odkryjcie w sobie wyjątkowość!

No to wracamy do meritum. Długo nie pisałem. Nic. Nie miałem czasu. A jak już miałem czas, to nie miałem siły. Praca w restauracji wykańcza fizycznie i psychicznie. O ile zmęczenie psychiczne można zniwelować lekkim wysiłkiem fizycznym, po którym człowiek znów jest gotów do intelektualnych wyzwań, to zmęczenie fizyczne trzeba odespać. Więc po powrocie z pierogów nie miałem już siły na pisanie. Ani na naukę. Ani na nic kreatywnego, konstruktywnego, sprzyjającego dobrostanowi świata. Miałem po prostu dość.

Nie pisałem na blogu, nie pisałem też nic w Wordzie. Olałem wszelkie konkursy literackie, a na Nową Fantastykę wrzuciłem opowiadanie z bloga. Sprzed kilku miesięcy. Ktoś tam je nawet docenił.

Nie pisałem programów. Ani dla przyjemności, ani na uczelnię. To strasznie frustrujące, kiedy w końcu znalazło się ten właściwy kierunek studiów, w końcu ma się chęci i ambicję, by go skończyć, ale brakuje… sił. Wydaje mi się też, że się nawet trochę uwsteczniłem, jeśli chodzi o programowanie. Nie ucząc się dalej, nie utrwalając tego, co już się potrafi, człowiek może się tylko cofać. I to się chyba ze mną stało.

Nie zrobiłem też tego, co powinienem zrobić jak najwcześniej. Nie wystawiłem na Allegro całego syfu, który został mi po firmach. Kartony z książkami wciąż są kartonami z książkami, zamiast forsą, która mogłaby być przeznaczona na niwelowanie smrodu pozostałego po działalności. Jedyne co zrobiłem, to zapłaciłem pierdolony podatek Kapitanowi Państwo.

Na co jeszcze nie miałem siły? Na czytanie książek. Na kultywowanie mojej miłości. Na podróże w świat wyobraźni. To mnie boli chyba najbardziej. Braci Aszkenazy czytałem od świąt do świąt. Cztery miesiące. Jedną powieść. Żeby ona jeszcze była słaba, ale nie była.

Po przeczytaniu natomiast powinienem się podzielić z czytelnikami bloga swoimi wrażeniami. Wiem, że to powielanie (powtarzanie, he he) akapitu o niepisaniu na blogu, ale teraz mowa o konkretnym typie wpisu, konkretnej kategorii. Obejrzałem też kilka filmów. Też nie wiecie jakich. Bo nie napisałem o tym.

Tego wszystkiego, jak i wielu innych rzeczy, nie byłem w stanie robić przez ostatni… prawie rok. Jedenaście miesięcy spędzone w restauracyjnej kuchni wyssało ze mnie siły. Ktoś powie, że powinienem rzucić tę robotę w cholerę już dawno temu. Niby tak, ale… na swój sposób polubiłem tę robotę. No i musiałem się jakoś utrzymać. Ale kuchenna atmosfera, lepienie pierogów, pieczenie ciast, to wszystko ma swój hipnotyzujący klimat, z którego trudno zrezygnować… Poza tym nie miałem się gdzie podziać, bo na pracę w IT było chyba za wcześnie, a zmieniać jedną ciężką pracę na lżejszą, ale z gównianą płacą… nie kalkuluje się.

No i nadszedł ten moment. W zeszły czwartek, po powrocie z rozmowy kwalifikacyjnej w jednej z bardziej obleganych trójmiejskich firm IT, próbowałem robić projekt na uczelnię. I znów opadłem z sił. Chciałem spać. Wówczas to chwyciłem kartkę, pióro i rozpisałem sobie to, co Wam opisałem wyżej, i wiele wiele więcej. Kwestia krystalizująca się od dłuższego czasu w końcu osiągnęła swoją ostateczną formę.

ODCHODZĘ Z RESTAURACJI

Tak. To jest najlepsze, co mogę w mojej sytuacji zrobić. Pomijając wszystko inne, studia są dla mnie priorytetem, więc jeśli istnieje jakakolwiek przeszkoda dla nauki, trzeba ją zlikwidować. Tą przeszkodą okazała się praca.

Przede mną dwa ostatnie dni lepienia pierogów. Potem jadę na wioskę do rodziców. Odpocząć. Wyspać. Zregenerować. Doprowadzić do porządku. Ruszę ostro z nauką. Podszlifuję skilla w programowaniu, może wezmą mnie gdzieś jako testera, to nie będę bezrobotny. I to będzie praca w wymarzonej branży. Oprócz tego… będę miał więcej czasu. Na wszystko. Więc jakieś powieści do czytania, jakieś opowiadanka do napisania. Jakieś wpisy na blogu. No i dam ludzkości możliwość zakupu dobrych książek w dobrej (ha ha) cenie. Konto na Allegro ciągle to samo. Na razie prawie nic tam nie ma, ale za parę dni zacznie się to zmieniać.

Początkowo miał to być wpis o czym innym. Inspirowany zdjęciem zrobionym kiedyś w kuchni. Zdjęciem prosiaka. Ale jakoś tak zeszło na tę rezygnację. Wpis o prosiaku będzie następny. Chyba.

No i weźcie kupcie jakąś książkę. Albo komiks. Jestem biedakiem.

PS. Zdjęcie wpisu to kompot z gruszek. Zajebista sprawa. Czegoś się jednak w tej robocie nauczyłem.

Share This:

No Comments

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.