Patrzcie, jak regularnie piszę

Miałem wczoraj przygodę.

Ale taką przygodę miałem, że nikt takiej nie miał przygody, jaką ja przygodę miałem wczoraj.

No dobra, ja nie mam przygód.

Wczoraj, w sobotę, postanowiłem pojechać sobie do pracy. Na nadgodzinki. A co, jak proszą, to za dodatkowy hajs pojadę.

W drodze do pracy na pewnym odcinku (okolice Emaus w Gdańsku, może ktoś kojarzy ten pierdolnik) w ciągu pięciu minut miałem dwie kontrole biletów. Dwie. Dwie kontrole. Kontrolowały dwie grupy kontrolerów, a co zabawniejsze, dwie RÓŻNE grupy kontrolerów, takie, wiecie, składające się z różnych ludzi, niebędących sobą nawzajem.

Trochę to było upierdliwe, bowiem wykorzystywałem akurat fantastyczne warunki jazdy (nie siedział obok mnie nikt znajomy i nie pierdolił do ucha) i czytałem sobie książeczkę. Jakby kogoś to interesowało, to o Miedziance.

No ale do rzeczy. Dwa razy przerywać lekturę, żeby sięgnąć do kieszeni, wyjąć portfel, a z niego kartę, czekać aż sprzęt kontrolera odklika poprawność biletu, schować to wszystko do kieszeni… I znaleźć miejsce, w którym skończyłem czytać. Można się zirytować, c’nie?

No i dobrze, taka ich praca, niech będzie. Może się nie dograli z grafikiem, czy coś. Wtedy jeszcze jednak nie wiedziałem, że to nie ostatnia kontrola biletów w tym dniu.

Po pracy czekałem karnie na przystanku w oczekiwaniu na spalinowy dyliżans. Przyjechał, ale nie wsiadłem. Był cały zajebany ludźmi jak puszka sardynkami. Ledwie drzwi zamknął przed odjazdem. Jak się tam baba z wózkiem wepchnęła – tego nie wiem. Może posiadła zdolność lokalnego zaginania czasoprzestrzeni. Sam bym się chętnie czegoś takiego nauczył, ale jeśli warunkiem jest posiadanie wózka z gówniakiem, to chyba podziękuję i poczekam na w miarę pusty autobus.

Doczekałem się w końcu, ale pusty to on nie był. Jednakże udało mi się wcisnąć doń mój tłusty tyłek i pojechałem w siną dal. Znaczy się w dół ulicy.

Na wspomnianym wcześniej Emausie… ELEKTRONICZNEJ MYSZY XD

Tak, wiem, już tego kiedyś użyłem.

Taki żarcik. No więc na Emausie (XD) musiałem się przesiąść, albowiem autobus, którym jechałem, nie trafiał bezpośrednio tam, gdzie chciałem jechać. Trafiał tam ten poprzedni, do którego nie wsiadłem.

No kij, przesiadłem się. Jadę, jadę, ja… zbliża się mój przystanek. Wstaję więc, udaję się do drzwi. Jakieś 200 metrów przed przystankiem zaczyna się kontrola biletów. Trzecia tego dnia, której doświadczyć miałem, ale jej nie doświadczyłem.

Stwierdziłem, że to pierdolę, i skoro i tak zaraz wysiadam, nie będę znów mocował się z kieszenią, portfelem i kartą. Przystanek, chcę wysiąść. A tu dupa.

Baba kontroler chwyta mnie za rękaw i mówi, że bilet do kontroli. Odpowiadam jej grzecznie, że ja tu wysiadam, zdając sobie jednocześnie sprawę, że tak mówi każdy, kto nie ma biletów. No ale ja zawsze mam bilet, a na tym przystanku NAPRAWDĘ wysiadałem. Babsztyl jednak chwycił za poręcz próbując mi uniemożliwić wyjście z pojazdu.

Co ja się tam będę szarpał i wyzywał… Naparłem na jej łapsko, puściła, wysiadłem. Już na chodniku odwróciłem się do niej, i wówczas wywiązał się między nami taki dialog:

 

– Ja tu wysiadam. Może pani wyjść też, wtedy pani pokażę bilet.

– Ma pan natychmiast wracać do pojazdu! Ma pan obowiązek…

– I co, mam specjalnie jechać na kolejny przystanek i nadkładać drogi, żeby mogła pani sprawdzić mi bilet?!

– Tak, ma pan obo…

– Chyba panią pogrzało!

 

I poszedłem sobie.

Musiałbym być upośledzony, żeby wsiadać z powrotem w ten ścisk i jechać pół kilometra po to, żeby babsztyl był spełniony. Trzeba było wcześniej rozpocząć kontrolę, a nie przed samym przystankiem.

Ja wszystko rozumiem, że to jej praca, że takie kontrole są potrzebne, by wyłapywać zasrańców jeżdżących bez biletów. Ja to rozumiem i zawsze będę stał po stronie kontrolerów, a nie Januszy wrzeszczących na cały autobus „WEŹCIE SIĘ DO UCZCIWEJ PRACY!!!”. Ale, do chuja pana, sam też oczekuję trochę zrozumienia. Przecież stałem przy drzwiach z zamiarem wyjścia co najmniej minutę przed komunikatem o kontroli biletów, i było to widać, bo mały przecież nie jestem.

Na szczęście wyszedłem cało z tej konfrontacji. A wczorajszą złość przelałem dziś na małe porządki w domu. Nie wyobrażajcie sobie nie wiadomo czego. Po prostu wywaliłem karton z moimi zeszytami ze studiów. Stał tylko i kurzył się.

Od dziesięciu prawie lat.

Share This:

No Comments

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.