Pełna Chata…

Hit ostatnich lat. Książka, której nakłady schodziły jak świeże bułeczki od razu po premierze i po każdym dodruku. Ostatnio zekranizowana. Relikwia wierzących. Opowieść ponadczasowa…

Ja też chciałem tego doświadczyć. Wszyscy znajomi, którzy czytali tę powieść, zachwalali jej przyjemną narrację i prostotę teologicznych rozważań. Było to zachęcające, jednak zawsze miałem coś w kolejce do czytania. W końcu, gdy do kin weszła ekranizacja, stwierdziłem, że już czas. Chwyciłem twardą okładkę w spocone łapsko i zabrałem się do lektury.

Zaczyna się jak dobra powieść obyczajowa, choć może zbyt dramatycznie. No, ale u Hitchcocka też zaczynało się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rosło. Tu też rosło, aż do momentu, gdy… no właśnie.

Zaczęło się od wyjazdu głównego bohatera z dziećmi na kilkudniową wycieczkę. Pomijając szczegóły, najmłodsza córka została uprowadzona i prawdopodobnie zamordowana. Po latach, ciągle nie mogący się pogodzić ze stratą ojciec dostaje list od boga, który chce się z nim spotkać w tytułowej chacie, miejscu, w którym jego córeczka najprawdopodobniej poniosła śmierć.

Mack przygotowuje się na spotkanie, choć nie ma pewności, czy to czasem nie żart mordercy. Na wszelki wypadek zabiera z sobą rewolwer. Gdy dociera do chaty, ja tracę wszelkie nadzieje związane z tą pozycją. W progu witają go: sam Jehowa pod postacią grubej Murzynki, Jezus o aparycji bliskowschodniego stolarza i bliżej nieokreślonej aparycji (tak, właśnie tak) dziewczynka, będąca z wszelkim prawdopodobieństwem Duchem Świętym. Pomyślałem, że może nie będzie tak źle.

A jednak…

Pseudofilozoficzne rozważania boskiego trio przyprawiają o lekkie mdłości. Wydźwięk tych rozmów jest tak infantylny, i jednocześnie tak zagmatwany, że tylko ktoś fanatycznie oddany religii chrześcijańskiej mógł uznać to za wytłumaczenie czegokolwiek. Jeśli chrześcijański bóg faktycznie istnieje, i właśnie ta książka miała go wytłumaczyć, to uważam go za jeszcze większego dupka niż do tej pory.

Według książki stwórca nie ma żadnego planu względem człowieka, ale jednocześnie go ma. Nie oczekuje od ludzi niczego, a jednocześnie wymaga miłości i wierności. Jest jednocześnie wszechmocny i ograniczony. Miał być to chyba wyraz jego człowieczeństwa, a wyszła totalna sprzeczność. Matematyczna, logiczna sprzeczność.

Dla tych, którzy ciągle będą uważać, że boga nie da się zrozumieć, że logika go nie ogarnia, że matematyka jest wytworem człowieka, mam dwupunktową odpowiedź.

I. Ktoś mądrzejszy ode mnie i zapewne od większości z Was powiedział kiedyś, że matematyka jest językiem boga. Skoro cały wszechświat da się opisać matematyką, to został on stworzony wedle matematycznych reguł. A skoro podstawą matematyki jest logika, to bóg MUSI być logiczny.

II. Jeśli bóg wymyka się ludzkiej logice, to autor tej książki nie miał żadnych możliwości opisania go czy wytłumaczenia. To po prostu kolejna fantazja kolejnego wiernego.

A skoro przy fantazji jesteśmy… Można tę powieść potraktować jako fantastykę. Wówczas ból części mózgu odpowiedzialnej za logiczne myślenie może nieco zelżeć. Ale jednocześnie fabuła robi się płytka i bezwartościowa, a główny bohater, który w pierwszej chwili nie ufał obcej Murzynce, Arabowi (Semicie, przepraszam) i jakiemuś dziwnemu dziecku, mimo to jednak dał się wciągnąć do ich domu, jest najzwyklejszym w świecie idiotą bez instynktu samozachowawczego.

Daję ocenę 4/10. Tak wysoką tylko ze względu na początek i koniec powieści. Po wycięciu tego bzdurnego środka, który zmęczyłem jednie dla zasady: „Oceniam tylko jeśli przeczytam do końca”.

Share This:

No Comments

Leave a Comment