Plany na życie. Nie tylko te noworoczne

Jak myślicie, co jest na obrazku?

Błąd. Nie nasrałem do kufla. Do mojego ulubionego kufelka, podarowanego mi przez MBL, ale z pomysłu Przemusia. Więc oficjalna wersja jest taka, że to od niego.

Na zdjęciu widnieją pozostałości kakałka. Dlaczego? – zapytacie. A bo robiłem kakałko z zimnego mleka. Wbrew temu, co się powszechnie mówi, z zimnego mleka da się zrobić kakałko. Trzeba tylko srogo zamieszać. A syf został dlatego, że dałem kakałka łyżkę stołową czubatą miast płaskiej, więc roztwór się przesycił i więcej kakałka się rozpuścić nie chciało.

Zachłanny skurwiel ze mnie. Ale to nie nowość.

Świętowanie ostatniego dnia roku

uskuteczniam sam. No, z kotem, ale to tak jakbym siedział sam. Rok temu byłem u rodziców, dwa i trzy lata temu grałem. Jednak stwierdzam, że nie ma co na siłę robić z tego dnia i wieczoru jakiegoś wielkiego święta, bo tydzień wcześniej były doroczne święta (których z całego serca nie trawię i nawet karp ledwie to ratuje), więc człowiek jest zmęczony tym ciągłym świętowaniem, byciem ładnie ubranym, żarciem i chlaniem.

Ale nażreć to się i tak nażarłem.

Rok kończę z perspektywą straszliwego, jeszcze większego niż wcześniej, zapierdolu. Być może nie wiecie, bowiem nie chwaliłem się tym zbyt mocno, ale podjąłem pracę w magazynie, co by się zmęczyć fizycznie, a nie psychicznie (nie mylić z „umysłowo”). Pomimo obrazków takich jak poniżej:

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

praca jest całkiem w porządku. I schudnę, i mięśni nabiorę, i nie nawkurwiam się na kierownika (bo to bardzo w porządku człowiek, w przeciwieństwie do pewnej pani z BMSu…).

Ale jest jeden problem. Taki dosłownie „jeden”. Zostałem ostatnim (oprócz kierownika) człowiekiem w zespole. A biorąc pod uwagę nieprzewidywalność kontrahenta, którego towarem się zajmujemy, dopóki nie skompletuje się nowej załogi, będziemy mieli

Przejebane

Dlaczego tak jest? Ano… opowiem Wam historyjkę.

Dawno… no, może nie aż tak dawno temu, zespołem tym rządziła pewna brygadzistka, Mariola. A że z Marioli brygadzistka była chujowa, to i praca szła powoli. Skoro szła powoli, to i godzin wypracowanych było w… chuj. A skoro godzin na liście obecności było dużo, to i wypłaty były przeogromne. Według opowieści byłych już kolegów z pracy, nawet po trzy-cztery kafle.

Ale wieści te dotarły w końcu do kierownika, który zjawił się w oddziale osobiście, i zrobił z tym gównem porządek. Od tamtej pory nadzoruje własnoręcznie przebieg całego procesu, ustalił logiczny grafik, i nagle okazało się, że to, co do tej pory trwało godzin piętnaście, można zrobić w godzin… dziesięć. Serio. Co się z tym wiąże – wypłaty drastycznie zmalały.

Tutaj pojawiła się bardzo dziwna dla mnie rzecz. Otóż pierwszy bunt młodocianych pracowników był o to, że

nie mogą

robić nadgodzin.

No, ja rozumiem, że czasem można zrobić dodatkową godzinę lub dwie, ale żeby od razu chcieć podwoić etat…? Okej, są z tego spore pieniądze, ale nie ma za to żadnego życia. Ale może to ja jestem już za stary na to, żeby zapierdalać po 400 godzin w miesiącu.

Bunt przełożył się na obniżenie efektywności. No bo skoro nie można robić nadgodzin i „za dwa koła to nie opłaca mi się ręki podnosić”, to część załogi się „wyjebała na pracę”. Kombinowali jak tylko mogli, żeby nie robić. Czasami skutkowało to tym, że faktycznie, robota szła dłużej, i mogli (a nawet musieli) zrobić trochę nadgodzin. Jednak nie mieli już tego zapału co wtedy, gdy zaczynałem tam pracę.

Skończyło się to tym, że połowa z buntowników nie dostała przedłużenia umowy, a druga połowa przedłużyć jej nie chciała. Bo znaleźli pracę po drugiej stronie ulicy.

Pomijając fakt, że część z nich pracowała już tam kiedyś i spierdalała w podskokach, bo „za ciężko”, to najpoważniejszym argumentem przemawiającym za zmianą tej (dość luźnej skądinąd) roboty w magazynie na inną robotę w magazynie jest… praca w nocy. I stawka nocna wyższa o 1/3 od stawki podstawowej tutaj.

Tutaj może znów objawia się moje stetryczenie, ale chybabym na głowę upadł, gdybym poszedł do pracy, gdzie zarobić więcej niż w poprzedniej mógłbym tylko w nocy. Koledzy chcą „niedługo kupować mieszkanie i praca przez agencję to jakiś śmiech na sali”, ale bardziej niż mieszkanie przyda im się jaskinia. Skoro chcą zostać nietoperzami…

Co do tej agencji to też śmieszna sprawa, bo mieli umowę o pracę, a w nowym miejscu przez trzy miesiące będą dygać na zleceniu. I biorąc pod uwagę realia rynku pracy w Polsce, na tym zleceniu mogą dygać o wiele dłużej…

Tak czy srak

nie życzę im źle. Niech sobie pracują na zdrowie, po nocach i po 18 godzin na dobę, jeśli taka ich wola. Trochę smutno, bo przez to ja też będę musiał zapiżdżać nie wiadomo ile (chyba że kierownik nagle znajdzie zastępców), ale z drugiej strony przez miesiąc czy dwa wyższa wypłata nie zaszkodzi.

aczkolwiek

są jeszcze te nieszczęsne studia, ten semestr, który trwa do lutego. I tutaj pojawia się problem – jak ogarnąć coraz cięższą fizyczną pracę ze studiami, i jeszcze w międzyczasie szukać roboty w jedynej słusznej branży?

I to w sytuacji, gdy kolejny semestr nie zapowiada się wcale łatwiej od obecnego, i do tego trzeba będzie poprawiać jeden przedmiot z zeszłego roku?

Z pomocą przychodzi

urlop dziekański

Jest to jedno z wyjść. Zyskując dwa wolne dni w tygodniu (nie licząc tego poprawianego przedmiotu…) będę miał czas na zrobienie czegoś ciekawego.

I mam tu na myśli coś lepszego niż to gówno, które do tej pory gniło na moim GitHubie, a które właśnie usunąłem.

Tak, nie ma już linków z bloga do GH, nie ma już na GitHubie nic. Bo w sumie wstyd był trzymać tam to… coś. Projekty, za które dostawałem piątki na uczelni, a które zostały wyśmiane przez zawodowych programistów…

A teraz mała spowiedź niepokornego chujka

Muszę się do czegoś przyznać. Przekonany o własnej zajebistości, na tak zwane „hurra” zacząłem się uczyć C++. Nie dotarłem za daleko, bowiem już na samym wstępie okazało się, że to nie jest język dla mnie.

Odkryłem serwis Sololearn, zacząłem każdy umieszczony tam kurs. Niektóre nawet skończyłem. Wynikło z tego to, że znam podstawy kilku języków, ale nie potrafię niczego konkretnego w żadnym napisać. Tak jak o moim (prawdopodobnym) przodku mawiało się, że znał piętnaście języków, ale w żadnym nie miał nic ciekawego do powiedzenia.

Straciłem sporo czasu przez to, że nie miałem pojęcia co chcę robić w swoim życiu. Oczywiście oprócz zarabiania góry hajsu i pławienia się w luksusie.

Płynąłem po najmniejszej linii oporu, łykałem każdą możliwość, szedłem każdą drogą wskazaną mi przez osoby bliższe lub nieco dalsze. Dawałem się namawiać na różne gówna, mając nadzieję, że „jakoś to będzie”.

I dotarłem do momentu, w którym okazało się, że chuja umiem, i nie osiągnąłem w życiu nic.

Wydałeś książkę

Nie sprzedała się, ani nawet nie przyjęła zbyt dobrze.

Masz bogate doświadczenie zawodowe

W każdym zawodzie po trochu i żadnej specjalizacji.

Masz kochającą dziewczynę

I czuję, że ją zawodzę. Tak samo zresztą jak rodziców i wszystkich, którzy pokładali we mnie jakiekolwiek nadzieje.

Nauczyłeś się sporo o gotowaniu

Zajebiście, umiem napierdalać pierogi, piec chleb, robić ciasta i ciasteczka, ale nie mam kasy, żeby to uskuteczniać.

Umiesz…

…co?

gówno

Dlatego właśnie, mili moi, wziąłem głęboki wdech, i korzystając z faktu, że w mojej obecnej pracy mogę wyłączyć pół mózgu, zacząłem się zastanawiać, co ja takiego bym chciał w życiu robić.

Sięgnąłem pamięcią do czasów, kiedy jeszcze miałem marzenia, i…

jarać blanty

Nie no, to oczywiście żart.

Kiedyś, dawno temu, kiedy jeszcze miałem pewnego przyjaciela, który potem się na mnie wypiął, marzyliśmy o tworzeniu gier komputerowych. Chociaż bardziej było to moje marzenie, on, tak mi się zdaje, tylko potakiwał, żebym nie zawracał mu dupy.

Zastanawiałem się więc całymi godzinami, czy to na pewno to, co chciałbym robić.

I wyszło, że tak.

Więc mam plan, tym razem obmyślony, skalkulowany, i wdrażany.

Gra póki co istnieje tylko na papierze, ale klasy i zależności mam już rozpisane, oprogramowanie tego w jedynym słusznym języku nie będzie problemem. Problemem jest ogarnięcie silnika graficznego, i na tym chcę się przez najbliższe miesiące skupić.

Jak już coś zrobię, to dam Wam do zabawy… nie no tak naprawdę nie mam kasy na testerów z prawdziwego zdarzenia, więc wrzucę to do neta i będę czekał na hejterskie zgłoszenia błędów

Tak czy inaczej, trzymajcie kciuki.

Aha, i

Szczęśliwego nowego roku

Zasrańcy

Share This:

No Comments

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.