Płomień

Piękna dziś była pogoda, oj, przepiękna. Słoneczko świeciło, chmurek nie było widać. Albo prawie nie było. Po pracy udałem się więc na Działo, co by z Arkadiuszem uczcić ten piękny dzień. Piwem – a jakże.

Po drodze oczywiście zabłądziłem w lesie. O mało co i musiałbym dzwonić zamiast do Arka („Ty, gdzie ja byłem, to se nawet nie wyobrażasz!”) – na pogotowie („Ratunku, złamałem nogę spadając ze skarpy, na której było dużo liści!”). Wycieczka nawet nieco męcząca… no dobra, zasapałem się jak knur. Ale w końcu, zziajany, spocony, ale szczęśliwy, dotarłem do armaty, przy której czekał na mnie z utęsknieniem mój wspaniały kolega. Niech będzie, że wspaniały, bo przytargał kocyk, co by nam dupska nie zmarzły.
Posiedzielimy, pogadali. Ludzie jakoś tam zaczęli się zbierać na pseudoboisku do czegoś tam (kosza chyba) – grilla robili. Rzemyczek niby to nas tam zaprosiła – poszliśmy.
Grill rozpalał się powoli. Obok leżały pozostałości po ognisku, ktoś wpadł na pomysł, że w sumie to ognisko możnaby było zrobić. Więc Arek poszedł po chrust. Potem po gałęzie. Potem po pół drzewa. A potem z dwoma ludkami po całe drzewo… a mamusia mnie przed nim ostrzegała…
W międzyczasie ognisko wesoło trzaskało.


No i… i tak nie brałem za bardzo udziału w dyskusjach z ludźmi, których dopiero co poznałem, ale ogień skutecznie przyciągnął mój wzrok, i w sumie już odpłynąłem… Nie, tym razem nie będzie smęcenia i pseudofilozoficznych wywodów. Po prostu patrzyłem w ogień. Płomienie ogniska to mój łącznik z przeszłością, z każdym ogniskiem, w którym brałem udział. No dobra, trochę posmęcę… Ognisko stwarza we mnie uczucie tęsknoty za tym, co utraciłem, za tym, co minęło, i po prostu tęsknoty – samego uczucia, bez ukierunkowania.

Dzisiejszy wieczór uważam za bardzo udany. Polecam piwo i ognisko.

Share This:

No Comments

Leave a Comment