Pograłem sobie

Jakiś czas temu wylądowałem na EL Quatro (dla niekumatych – L4). Zachorzałem, rzadko mi się to zdarza, ale kilka rzeczy zbiegło się w czasie: jakiś robal mnie upierdolił, jedna z moich czterech ukochanych ósemek zaczęła się ostro wyrzynać, co spowodowało odrętwienie mordy, przewiało mnie, i nieszczęście gotowe.

Co to się nie naśmiałem, Ukochana się naśmiała, a potem pani doktor mnie… wyśmiała. Przez tydzień myślałem, że ból jest powodowany przez ukąszenie tego bliżej niezidentyfikowanego insekta, że wystąpiła u mnie jakaś reakcja alergiczna. Byłem osłabiony, miałem słabe samopoczucie… No, okazało się, że nie. Ale co to za choroba, tym się chwalić nie będę. Ważne, że już po wszystkim, tylko czekam aż mi ostatnie ślady znikną, żebym mógł wrócić na basen.

Jak to na zwolnieniu lekarskim bywa, człowiek gnije. Ale nie tak dosłownie, że mu się ciało rozkłada i śmierdzi w całym mieszkaniu, tylko się nudzi. Chociaż z tym smrodem to też zależy.

Gniłem więc i gnuśniałem. Chciałem porobić coś konstruktywnego, poprogramować, na blogu popisać, ale w sumie głównie spałem, czytałem książkę, jadłem, piłem i robiłem śmierdzące rzeczy. Czyli to, co potężny mężczyzna w kwiecie wieku robi nie chodząc do pracy.

Od zgnicia całkowitego uchroniła mnie Ukochana, pokazując mi bodaj najbardziej debilną grę, jaką widziałem w swoim nędznym życiu.

W grze kierujemy białą abominacją, która usiłuje spierdolić z laboratorium. Na jej drodze stają oczywiście przerażeni strażnicy, czy jak tam nazwać to mięso, chowające się za tarczami i hełmami.

MIĘSO

Właśnie, mięso! Dla nas nie są oni niczym więcej niż mięsem właśnie. No może są też zagrożeniem, ale to drobny szczegół. Musimy ich zjadać, omijając pociski, które wystrzeliwują w naszym kierunku.

Każdy zjedzony człowiek (w domyśle, bo ludzkiego wyglądu te poczwary nie posiadają) ładuje pasek autyzm… tfu! ewolucji. Po załadowaniu paska musimy wybrać mutację, której chcemy poddać naszego protagonistę. Możemy wzmocnić jego pancerz, zwielokrotnić efekt ewolucyjny zjadanych wrogów (w sensie że szybciej się pasek zapełnia), zwiększyć leczenie (zjadanie odnawia zdrowie), czy nawet dodać tak bzdurne rzeczy jak orbitujące wokół nas kolczaste kule czy wezwanie na pomoc… „matki czerwia” (?!). Mother maggot, tak to się zwie.

Mamy też kilka opcji strzelających. Jakieś pasożyty, trzecie oko, skarabeusze, działo laserowe (tak, to ciągle mutacje…), które rozwalają naszych antagonistów na kawałki mięsa. Nie odkryłem, czy więcej życia (i punktów ewolucji) przywracają kawałki wypadnięte z przeciwnika, czy to bez różnicy, czy zjemy go w kawałkach czy w częściach – brak danych pozwalających na tego typu rozważania.

Możemy też przyzwać deszcz mięsa, który w krytycznych momentach może uratować nam życie i przyśpieszyć ewolucję.

Wrogowie bywają różni. Zaczynając od golasów uciekających panicznie przed nami, przez uzbrojonych li-tylko w małe gnaty tłuściochów, po jakieś wielkie bydlaki zakute w hełmy, kryjące się za tarczami i strzelające z armat… armatnimi kulami. Gdzieś tam latają helikoptery zrzucające całe oddziały komandosów (ciągle przypominających kawałki mięsa pozlepiane smalcem), naprowadzane (ślepe) rakiety i czołgi. Ale co to dla nas, z każdym metrem stajemy się silniejsi, wytrzymalsi i strzelamy większą ilością skarabeuszy.

W menu głównym możemy za hajs zgubiony na trasie naszej ucieczki, a zebrany przez nas, kupić ulepszenia dla naszego małego potworka. Oprócz tych samych współczynników, które uzyskujemy podczas gry (pancerz, leczenie), możemy zwielokrotnić zbierany pieniądz (logika – zbierasz jednego pieniążka, nalicza się pisiont), zacząć grę z dalszego miejsca (wówczas wszystko po drodze możemy automatycznie rozjebać, zjeść, zebrać, etc.), zwiększyć maksymalne HP (nie Harry Potter, tylko hit points – ŻYCIE), i zrobić całą masę innych rzeczy.

Drugą opcją w menu głównym jest wybór kapelusika. Nasze małe potworątko lubi nosić kapelusiki, i my też powinniśmy polubić, bo czapeczki owe dają mnożnik do maksymalnego HP i dodają mutacje. Niektóre przydatne, inne mniej. Są też bezsensownie głupie, ale jak kto lubi.

Trzecią opcją jest sklep, w którym możemy za prawdziwy hajs kupić dopalacze, albo, co jest miłym zaskoczeniem, dostać kilka za obejrzenie reklamy. Te możemy oglądać co dwie godziny, co według mnie jest optymalnie ustaloną wartością. Co do reklam, możemy je też obejrzeć po zebraniu na trasie ucieczki kartonowego pudełka, ale nie pojawia się ono podczas każdej gry, więc warto moim zdaniem poświęcić kilka ran, by się do niego dostać.

To, co zasługuje na osobnego, bardzo dużego plusa, to udźwiękowienie. Nasza poczwara szamająca uciekające spaślaki chrupie, mlaska, siorbie, co bawi niezmiennie przez całą rozgrywkę. Również ścieżka dźwiękowa jest świetna, zwłaszcza ta towarzysząca naszej ucieczce. Jeśli ktoś oczywiście lubi ciężkie gitarowe brzmienia.

Mimo że z choroby wróciłem już tydzień temu, ciągle gram w tę grę, i ciągle uważam, że jest debilna. Wciągająca, ale debilna. Grafiki są zabawne, ale w dalszym ciągu… wiadomo. Mogę polecić na kilka dni intensywnego grania, tygodni, jeśli nie gracie zbyt długo w ciągu dnia. Ale nie na dłużej.

Odkryłem, a właściwie DOŚWIADCZYŁEM, że gra szybko robi się… nudna. Jak flaki z olejem. Dopóki odkrywamy nowych przeciwników, nowe mutacje, kombinujemy z czapeczkami i generalnie jesteśmy „vulnerable”, jest to ciekawe. Ale w momencie obecnym moje HP jest na poziomie 1700 punktów, wymaksowałem prawie wszystkie możliwe parametry w menu głównym, zdobyłem najmocniejszą czapeczkę (daje +180% do HP i trzy losowe mutacje), i gra jest po prostu nudna. Wrogowie są różnorodni ale tak do drugiego kilometra, później nie pojawiają się nowi, jedyna różnica między punktami x i (x-p), gdzie p jest odległością, którą przebyliśmy od poprzedniego zastanowienia się nad tym problemem, to siła ognia wrogów. Nie są bardziej odporni (trzymetrowy bydlak trzymający dwie armaty wciąż jest na strzała, bo nie trzyma tarczy), ale za to mogą nas szybko zabić, jeśli stoją kupą, wystrzelą w jednym momencie, nam nie włączy się osłona, i dodatkowo uderzymy w czołg… ale to wciąż jedno i to samo. Mój potworek na etapie dziesiątego kilometra jest tak napakowany, że umieram tylko przez nieuwagę połączoną z ziewaniem – nadziewam się na czołgi i rakiety, których nie da się zniszczyć, a których można jedynie unikać.

Tak więc jeśli znudziło się wam Clash of Clans czy to inne gówno, w które gracie, możecie odpalić sobie Lab Escape. Przez kilka godzin będziecie się uśmiechać pod nosem, będziecie grać w to na sraczu aż wam nogi ścierpną, a potem znudzicie się i wywalicie. I może znów wam coś polecę, o ile znajdę coś ciekawego.

A tutaj filmik pokazujący jak to wszystko wygląda:

Obrazki zostały podjebane ze strony gry w sklepie google.

Filmik jest na jutubie, na profilu twórców gry.

Share This:

No Comments

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.