Póki śmierć nas nie połączy – Juliusz Maretzky

Chciałem napisać coś o wielkiej, nieszczęśliwej miłości, potężnej magii i śmierci, która nie tylko rozdziela, ale i łączy.

Wyszło mi coś, co nawet mi się podoba. Ale i miejscami lekko obrzydza… Znaczy się, chyba dobre.

***

Albert zadrżał i zaczął pluć krwią. Powoli docierało do niego to, co chciał zaraz powiedzieć Benedictus. Rozumiał to, wiedział to, ale ciągle miał nadzieję, że to jakiś chory deliryczny sen, a on sam niedługo obudzi się na ciężkim kacu.

– Gdy już umrzesz, twoja pani będzie w pełni żywa. A skoro już teraz wiemy, że bez ciebie będzie nieszczęśliwa, pomogę jej, tak jak pomogłem tobie. – Spojrzał na nic nierozumiejącą Beatę.

– Oddasz życie za moją ukochaną. W ten sposób wy będziecie razem w ziemi, a my na niej. – Po tych słowach odszedł w ciemność.

Beata usłyszała chrapliwe jęki dobiegające od strony bagien. Odwróciła się i ujrzała sześć stojących trupów. Jeden miał drewnianą nogę, ale i tak wyglądał na zdeterminowanego, by uniemożliwić jej ucieczkę. Przerzuciła sobie rękę Alberta za szyją i próbowała go podnieść. Chciała dostać się do domu i położyć męża na łóżku, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Na ganku siedział olbrzymi pies i patrzył na nią złowrogo…

Nekromanta wrócił niebawem. Niebo zaczynało szarzeć, gdy Albert przestał się ruszać. Benek spojrzał na niego z powagą, po czym odwrócił się w stronę domu.

– A teraz chodź ze mną. I lepiej rób, co mówię, wtedy nie będzie bolało.

Uświadomiła sobie, że lepiej będzie go posłuchać, gdy usłyszała kolejny głuchy pomruk. Ruszyła za nekromantą, eskortowana przez wielkiego psa i kota, który pojawił się nie wiadomo skąd. Gdy się odwróciła, zobaczyła ciało męża niesione przez jednego z martwych ludzi. Kim byli za życia? – pomyślała. Wątpiła jednak, by okrutny czarownik chciał jej odpowiedzieć na to pytanie, nie zadała go więc na głos.

Kierowali się w stronę altany. Gdy Benedictus uruchomił stół, nie zlękła się tak, jak wcześniej Albert. Była coraz bardziej zobojętniała na wszystko, co się wokół niej działo. Kątem oka zobaczyła, że nadciąga nawałnica, ale nie przyłożyła do tego większej wagi. Pomyślała tylko, że chmury są bardziej czarne, a błyskawice bardziej błękitne niż zazwyczaj.

Gdy dotarli na dół, umarli rzucili ciało Alberta na ziemię obok katafalku. Nekromanta patrzył na bladą kobietę zbolałym wzrokiem. Kocha ją, jak ja Alberta. Rozpostarł ręce i salę rozświetliły płomienie pochodni zawieszonych pod ścianami.

– Nie chcę przyjmować ukochanej w ciemnicy – powiedział z drżącym uśmiechem.

– Teraz mnie zabijesz? – zapytała spokojnie Beata.

– Można tak to ująć. Nie będę cię bił, ani nie przeszyję cię mieczem. Po prostu umrzesz.

***

Share This: