Prawo do wyboru, czyli jak porównałem aborcję do wojska

Zmywałem sobie przed chwilą i rozmyślałem o aborcji. Wyobraziłem sobie dyskusję z rozmówcą X. Włożyłem w jego usta stałe teksty prolajfowych obrońców życia poczętego, więc nie będę ich przytaczał. Opiszę natomiast to, co przyszło mi do głowy.

Rzecz się rozchodzi nie o aborcję, tylko o prawo do wyboru. Ja byłem, jestem i zawsze będę przeciwnikiem aborcji. Tak samo jak jestem przeciwnikiem wojen czy spuszczania wpierdolu. Ale czasem po prostu nie ma innego wyjścia.

Czasem trzeba poświęcić coś, żeby coś uratować. Trzeba poświęcić życie płodu (tak, płód żyje, tak samo jak komórki mózgowe, choć nie u wszystkich, żyją plemniki, które masowo giną w pościeli czy chusteczkach, ale nikt o nich nie pamięta [*]), by uratować życie matki. I to, że prolajferzy się o to srają, nie zmienia faktu, że codziennie na całym świecie ktoś coś poświęca. Czasem ktoś poświęca siebie – matki niejednokrotnie ryzykują swoim życiem, by urodzić dziecko, które w sobie noszą. Niejednokrotnie umierają. To, że skazują dzieci na życie bez matki i ojców na życie bez żon, to inna sprawa. Ale poświęcają się. Mają do tego prawo. Mają prawo do WYBORU. Mają prawo do HEROIZMU, jeśli można to tak nazwać. A czy ktokolwiek ma moralne prawo do zmuszania kogokolwiek do heroizmu? Mam być bohaterem, bo ktoś mi każe nim być, a tymczasem sam siedzi sobie wygodnie w fotelu? Wolne żarty.

Nikogo nie mamy prawa zmuszać do poświęcenia. To tak, jakbyśmy rozporządzali jego życiem i śmiercią. A skoro tak bardzo zależy Wam, drodzy obrońcy życia, na życiu, to może postulujcie rozwiązanie armii? Przecież istnienie wojska, tak samo jak prawo do aborcji, dopuszcza zadawanie śmierci. Tak jak żadnej kobiecie w ciąży jej PRAWO do wyboru nie nakazuje dokonywania aborcji, tak samo bycie żołnierzem nie obliguje do zabijania kogokolwiek dajmy na to raz w miesiącu. Nawet raz w roku. Ale w razie konieczności dopuszcza taką możliwość. Bo jeśli ktoś najedzie nasz kraj, to by uratować siebie, swój naród, przed śmiercią, trzeba zabić tych, którzy tą śmiercią zagrażają. A przecież te niewinne płody też bardzo często zagrażają swoim matkom śmiercią. Powiecie, że to przecież nie ich wina. Nic za to nie mogą. A żołnierze państwa dokonującego agresji, co za to mogą? Taki dostali rozkaz. W razie niewykonania mogą być rozstrzelani za dezercję. Wybierają więc możliwość, która daje im większe (lub jakiekolwiek) szanse na przeżycie. Można się srać, że obcy człowiek to nie własne dziecko, ale przecież wszyscy ludzie są braćmi, bliźnimi, czy jak to jeszcze inaczej chcecie nazwać.

Rozwiązując armię stajemy się bezbronni, nie mamy prawa do obrony. I tak jak matka pozbawiona wyboru musi się zdać na los, tak w przypadku najazdu obcej armii na rozbrojony kraj może być różnie:

  • Matka urodzi zdrowe dziecko, nic się nikomu nie stanie. // Obca armia nic nikomu nie zrobi. Po prostu zaanektują nas. Względnie sobie pójdą.
  • Będą komplikacje przy porodzie. Dziecko urodzi się zdeformowane. Chore. Umrze po kilku dniach po porodzie. Przez całe życie będzie wymagało intensywnej opieki. Matka dozna rozległych obrażeń ciała. // Ktoś się tam będzie stawiał, więc wroga armia spuści wpierdol kilku miastom, kilkanaście tysięcy cywilów pójdzie pod nóż. Ale generalnie nic się nie stanie. Przecież jesteśmy pacyfistami, nie możemy walczyć.
  • Matka umrze. Dziecko urodzi się martwe. Generalnie rozpierdol, któremu nikt nie mógł zapobiec. Bo nie można było zrobić badań. Albo lekarz bał się, że pójdzie siedzieć w razie, gdyby coś poszło nie tak. // Agresor wyrżnie wszystkich do nogi. Mają nowy teren do zasiedlenia.

Zbyt drastyczne porównanie? A co mają powiedzieć kobiety, którym nie zapewnia się opieki, których się nie wspiera, tylko piętnuje, które skazuje się na cierpienie i zmusza do poświęcenia w imię jakiejś chorej idei, która na przestrzeni wieków wyrzynała całe narody? Tu chodzi tylko o wybór. O prawo do niego.

Z punktu widzenia społeczeństwa kobieta jest bardziej wartościowym jego członkiem niż płód. W zasadzie to płód nie istnieje. Nie ma go w żadnych spisach ludności, nie ma adresu zameldowania. Nawet rodzice mówią, że mają dwoje dzieci i trzecie w drodze. A nie po prostu „troje”. Tak, mówił już o tym George Carlin:

Ale czyż nie miał racji? Czy płód, który w zasadzie jest mniejszym niż dorosła osoba zlepkiem komórek, bez wykształconego w pełni układu nerwowego, nie ma w tej chwili w naszym kraju większych praw od tej właśnie dorosłej osoby?

Na koniec przypomniał mi się tekst przedstawicielki Inicjatywy Feministycznej na Czarnym Proteście:

Jeśli zygota jest człowiekiem, to od jutra gotujemy rosół na jajkach.

Do przemyślenia.

Share This:

No Comments

Leave a Comment