Rada dnia according to zwyrole.org

Dziś niedziela. Wolne. Jeden z tych dwóch dni w tygodniu, kiedy mogę (ale nie muszę) się wyspać. Jeden z tych wolnych dni, kiedy siedzę sam, i pomimo wielu punktów na liście rzeczy do wykonania, nie mam co z sobą zrobić.

Zacząłem powoli, sukcesywnie wypełniać punkty z listy:

    1. Otworzyć oko – czekt.
    2. Otworzyć drugie oko – czekt.
    3. Wstać, ubrać dupsko, zrobić siku – zrobione.
    4. Śniadanko, a jakże – zjedzone.
    5. Czekolada (własnej roboty, z rodzynkami i chili) – spróbowana. Przecież nie napiszę, że się obżarł…a zresztą…
    6. Odpalić kompa, maila, fejsbuka, bloga, zwyrole.org – done.
    7. Zadumać się nad jednym ze zwyrolskich cytatów… ej, tego nie było w planach!

Rada dnia:
Nie wstydź się tego kim jesteś. To zadanie twoich rodziców.

No i tego… to przecież zwyrole. Tu nic nie jest, nie powinno i nie może być poprawne. Ale jakoś tak pomyślałem sobie o tych wszystkich niezadowolonych z życia ludziach, nie tylko nastolatkach, a właściwie przede wszystkim nie nastolatkach. Ludziach dorosłych, często po studiach, nierzadko na własnym utrzymaniu, z rodzinami, dziećmi, ba, czasem nawet już z wnukami! I największy życiowy problem takich ludzi to to, że zawodzą nadzieje swoich rodziców.

Rodzice bardzo często nie zdają sobie sprawy, jak wielki mają wpływ na swoje dzieci. Szczególnie ci nadopiekuńczy, wymagający, którzy mówią o sobie, że „zależy im na dziecku”, czy „żyją dłużej na tym świecie i wiedzą lepiej, co dla dziecka najlepsze”. Gówno prawda.

Od zawsze bawi mnie i jednocześnie przeraża argument w dyskusjach z rodzicami (i starszymi od nas w ogóle), że fakt przeżycia większej ilości lat pozwala narzucać ich wolę, ze względu na większe doświadczenie życiowe. Według mnie doświadczenie jest na tyle „specjalistycznym” terminem, że nie wolno go stosować do życia w ogóle. Można mieć większe doświadczenie w handlu zagranicznym, większe doświadczenie w programowaniu czy w pracy z pacjentami. Ale doświadczenie w życiu? Czy bardziej doświadczony życiowo od nastolatka, który w trzy lata zwiedził kilkanaście obcych krajów jest czterdziestolatek, który za granicę wyjechał raz, i to na delegację służbową? Albo od dziecka tyranizowanego i bitego przez ojca student, syn bogatych rodziców, który zawsze dostawał to, co chciał, a na studia medyczne dostał się za pieniądze tatusia? Czy ojciec, który zjadł zęby na finansach, lub matka, która pół życia siedzi w domu mają prawo nakazywać dziecku, by zaraz po maturze szło na studia, albo by wybierać mu kierunek studiów?

Jakieś dwa-trzy miesiące temu ktoś mi powiedział, że nie ma u nas pracy dla informatyków. Jako argument podał, że jego klient skończył informatykę. I ledwie wiąże koniec z końcem. Ma firmę zajmującą się kasami fiskalnymi. Ten ktoś jest ode mnie starszy o 30 lat, bywał za granicą, wybudował dom i zarabia w chuj pieniędzy. Ale wiedzę na temat zapotrzebowania na informatyków oparł na opinii jednego człowieka, który siedzi w branży bardzo narażonej na wahania systemu fiskalnego. A tymczasem rok temu wyszedł taki artykuł, więcej nie chciało mi się szukać, ale ciągły rozwój technologii i firm, które przecież z technologii korzystają, każą mi myśleć, że to zapotrzebowanie na informatyków ciągle rośnie. Specjaliści wyjeżdżają za granicę, a w Polsce biorą do pracy historyków, którzy choć trochę umieją programować.

Czy zatem osoba, uważająca, że ma więcej doświadczenia, ma prawo narzucać swój plan życia? Nie. I chuj. Może udzielać rad, może ostrzegać przed różnymi zagrożeniami, może służyć pomocą. Może dyskutować. Ale nie narzucać czegokolwiek. Nie od dziś wiadomo, że przymus źle działa na psychikę. I tak po latach mamy ludzi sukcesu, którzy ciągle chcą więcej i więcej. Może to przez chciwość? Może dla zapewnienia rodzinie jeszcze lepszego bytu? A może uważają, że to wciąż za mało, by zadowolić mamę, tatę, wujka, dziadka, mentora, boga?

Wejdźmy jeszcze na temat religii, a jakże. Księża są namiestnikami boga na Ziemi, są też łącznikami i pośrednikami. Uważają, że jeśli chodzi o boskość, mają zdecydowanie większe doświadczenie od szarego wiernego. Owszem, wszyscy są grzesznikami. Księża też. Ale to właśnie oni mają prawo rozgrzeszać wiernych. Oni mają prawo wiedzieć, co wierni robią złego (według doktryny), oni mają prawo pouczać i wyznaczać pokutę. Po latach spowiedzi niektórzy wierni popadają w przekonanie, że są marnym prochem i nic nie znaczą. Inni uważają się za lepszych od innych. Bo…? Kurwa, nie wiem, mają większe doświadczenie w byciu katolikiem? Bo lepiej wiedzą co jest dobre, a co złe? Bo piją wódkę z księdzem, i ten zdradza im tajniki lepszego życia?

Obojętnie, czy mówimy o narzucaniu w ujęciu religijnym czy świeckim, podobne jest jedno: ten starszy, i/lub bardziej doświadczony, wie lepiej. Bo jest starszy i/lub bardziej doświadczony. Różnica natomiast leży w tym, że Twój ojciec, mówiąc Ci gdzie masz iść na studia, czasem użyje argumentu, będącego, lub sprawiającego wrażenie logicznego. Na przykład: teraz potrzeba informatyków. Albo: lekarze dużo zarabiają. Albo: po kierunku X będziesz mógł robić to czy tamto, a na tym czy tamtym można dobrze zarobić. Albo: przecież pasjonujesz się grafiką, lubisz malować, rysować, idź na asp. To nic, że przez kilka lat będziesz zapierdalać za najniższą krajową. Pomożemy ci, dopóki nie będziesz mógł/mogła zarabiać na swojej pasji (Kominkowi się udało).
Ksiądz, stara dewota czy młody fanatyk powie Ci, że masz czegoś nie robić, bo to jest złe. To jest złe, bo tak mówi bóg. Tak mówi bóg, bo tak powiedział ksiądz. A ksiądz tak mówi, bo po trzecim piwie stwierdził, że jego życie jest nudne, i że dla jaj zamąci w głowach wiernym.

A teraz nie-boska logika. Według mnie bóg musi być logiczny. Ludzie mądrzejsi ode mnie zauważyli, że skoro świat da się opisać matematyką, to matematyka jest językiem boga. Bóg musi być więc logiczny. Wytłumaczalny. A zatem…

– A weźmiecie ślub?
– Pewnie tak, chociaż mi osobiście nie jest do potrzebne do szczęścia.
– Lepiej tak. A kościelny?
– Wątpię. Ale jak ona będzie chciała, to nie będę miał oporów.
– Wolałabym żebyście wzięli kościelny, żebyście nie żyli w grzechu śmiertelnym.

Dlaczego wspólne życie bez ślubu jest złe? Katolicy odpowiedzą, że dlatego, że jest to grzech. Ale dlaczego jest to grzech? Bo bóg tak powiedział. Albo ksiądz. A dlaczego bóg albo ksiądz tak powiedział? Bo to grzech.
Mamy więc następującą logikę: coś jest grzechem, bo jest grzechem.

Jeśli już miałbym użyć wobec czegoś określenia „grzech”, to byłoby to coś szkodliwego dla innych ludzi. A już kiedyś, niedawno, napisałem:

Nie jest złym to, co nie wyrządza nikomu żadnej krzywdy.

I w dalszym ciągu tak uważam. I będę tym argumentem rzucał we wszystkich, którzy mają czelność narzucać swoją moralność tym „mniej doświadczonym życiowo” od siebie.

Jeśli widzicie kogoś, kto dołuje się przez rodziców, porozmawiajcie z nim. Uświadomcie, że rodzice to tacy sami ludzie jak wszyscy inni, że też popełniają błędy, że też mogą być głupi. Wiem, że przecież każdy to wie, ale czasem trzeba powtórzyć to sobie tysiąc razy, żeby wiedza stała się przekonaniem. Żeby to przekonanie i pragnienie przypodobania się rodzicom zastąpić dążeniem do własnego szczęścia. Jeśli zależy nam na kimś, powinniśmy mu pomóc uwolnić się spod wpływu „bardziej doświadczonych dorosłych”. W końcu sami kiedyś też musimy stać się dorosłymi.
A ja nigdy nie chcę być rodzicem, którego dzieci będą podświadomie nienawidzić.

Share This:

No Comments

Leave a Comment