Reforma edukacji, czyli jak walczyć ze spadkiem czytelnictwa

Podstawa programowa z języka polskiego dla szkół średnich jest zbyt ambitna. Tego nie da się zrealizować. To kurs przygotowawczy na studia polonistyczne, który muszą przejść nie tylko przyszły humanista, ale też inżynier, mechanik samochodowy czy spawacz – mówi prof. Krzysztof Biedrzycki z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
wyborcza.pl

Po przeczytaniu „alarmu” Gazety Wyborczej pojawiły się repliki. Między innymi wPolityce i DoRzeczy, jak również sporej części internautów. Możemy przeczytać:

  • Fragmenty i skróty były przerabiane przez ostatnie lata. Czyżby „Wyborcza” zaczynała walkę o to, żeby w edukacji wszystko zostało po staremu. Równamy w dół.
  • Uczelnie od lat narzekają na słabo przygotowanych studentów i spadający poziom nauczania, a tu nagle taki alarm, bo od uczniów będzie wymagać się więcej?
  • 6-7 książek? to jakieś kilkanaście tysięcy snapów i zdjęć na insta! a ile tweetów…
  • Lewakow ludzie wyksztalceni uwieraja jak wrzod na d….e. Tak jak kiedys robotnicy komunistow.
  • Ż.Y.D.O.M.A.S.O.N.E.R.I.A. nie potrzebuje wykształconych gojów, w dodatku Polaków.
  • wystarczyłaby lektura artykułów wstępnych GW co nie??? no może jeszcze krótki kurs historii WKPb?
  • 6-7-książek w roku coś strasznego i to mówi profesor.

Dalej nie chce mi się już przeklejać. O ile daleki jestem od popierania którejkolwiek z gazet, w tym Wyborczej, dość się bowiem nasłuchałem i naczytałem jadu, hejtów i oskarżeń, kto na czyim jest żołdzie, o tyle reakcjom na artykuł i opinie profesora się dziwię. Chociaż może nie powinienem, bo wydaje się, że to właśnie ci niewykształceni i nieumiejący czytać ze zrozumieniem się wypowiedzieli…

Nie chciałbym, naprawdę, nikogo obrazić, ale samo się ciśnie na usta, że tylko debil i analfabeta nie zrozumiałby, że chodzi o 6-7 LEKTUR, a nie książek w ogóle. I ja się zgadzam, że te 6-7 lektur to jest za dużo, i z tym również, że do tego będą jeszcze wiersze, teksty źródłowe, etc. A gdzie miejsce na inne rzeczy? Wszak nauka języka polskiego to nie tylko znajomość literatury. I nie tylko jej analiza i interpretacja.

Zbyt wiele lektur w szkole, wbrew pozorom, uwstecznia. Burzcie się, ile chcecie, że to nie fakt, a opinia. Tak, to jest opinia. Moja, i nie tylko moja, poparta doświadczeniami własnymi i innych ludzi, znajomych, nieznajomych, przypadkowych i tych znanych. I mam na dodatek dwa poważne argumenty:

asdMATURA I KLUCZ (DO BYCIA SPRZĄTACZKĄ)

Nie od dziś i nie od wczoraj wiadomo, że szkolnictwo przygotowuje do matury i do niczego więcej. Matura, tak jak prawo jazdy, nie świadczy tak naprawdę o niczym ponad to, że nauczyliśmy się materiału. A teraz zapraszamy do prawdziwej jazdy i prawdziwego życia. GÓWNO. W prawdziwym życiu musimy się wykazać. Trzeba myśleć za siebie, być kreatywnym, pomysłowym. Tak samo prowadząc samochód (dawno tego nie robiłem, heh) nie da się w 100% postępować zgodnie z materiałem z kursu, bo zawsze jest szansa na spotkanie kretyna na drodze. I trzeba wtedy zareagować nieszablonowo. W życiu też spotykamy wielu kretynów. I wiele szans, których nie potrafimy wykorzystać. Ale wróćmy do matury, języka polskiego i lektur.

CO POETA MIAŁ NA MYŚLI?

Wysoki wynik z matury i dobre oceny z polaka mieli ci, którzy „wstrzelili się w klucz”. Podczas pisania prac z lektur szkolnych nie ma miejsca na własne przemyślenia, a cała analiza i interpretacja sprowadza się do wkucia na blachę materiału z lekcji. Kto się wyróżnia, jest uwalany. Ja rozumiem, że znajomość historii (w tym epok literackich, których ramy czasowe musieliśmy recytować nawet przez sen) jest w jakiś sposób ważna, ale zabijając kreatywność uczniów zabija się tak naprawdę kreatywność narodu. Górnolotnie zabrzmiało, ale tak niestety jest.

Hitem jest uwalenie matury z polskiego za tak zwany błąd kardynalny. Co jeszcze zabawniejsze (i straszniejsze też), nie ma konkretnych wytycznych, co takim błędem kardynalnym jest. Wszystko więc zależy od widzimisię egzaminatora. A może się mylę? Jeśli tak, to proszę mnie naprostować.

asd
MAM CIEKAWSZE RZECZY DO CZYTANIA

Kolejny argument i mentalny cios w pysk debilom przypierdalającym się do artykułu i profa Biedrzyckiego. Będąc zmuszanymi do czytania lektur, uczniowie nie mają czasu na czytanie tego, co lubią. Jeśli ktoś uważa się za oczytanego dlatego, że przeczytał wszystkie lektury i nic poza tym, to… gratuluję. Gratuluję też tym, którzy mając najczęściej 40+ lat i dzieci, twierdzą z całą stanowczością, że „Potop trzeba znać”, a „nie przeczytać Pana Tadeusza to wstyd”. Może kiedyś tak było. W PRL-u i pod zaborami, gdy trzeba było walczyć o zachowanie każdego atomu polskości, znać tzw. KLASYGI po prostu było trzeba. Ale nie dziś.

Oczywiście, oczywiście… turbopatrioci zaraz się oplują, że w dobie zagrożenia terroryzmem, niszczenia naszego kraju przez żydomasonerię i pierdolonych lewaków, trzeba być Polakiem. Szkoda tylko, że zdecydowana większość obrońców polskości nie potrafi się poprawnie wysłowić, ani sklecić jednego poprawnego zdania. Ja twierdzę, że nie ma żadnego zagrożenia, oprócz nas samych. To my sami, jeśli nie będziemy się rozwijać, spowodujemy katastrofalne w skutkach lądowanie Polski na śmietniku historii. I nie chodzi mi o to, żeby nie emigrować. Jeśli rząd robi wszystko, by utrudnić nam życie, emigrujmy. Za granicą, jeśli będziemy się wykazywać, powiedzą: „Oni są z Polski”. I oby mówili to z podziwem. Tak też można zapracować na konto narodu.

Wróćmy do książek. Nie uważam, żeby klasykę sprzed lat trzeba było znać. Co prawda „Pana Tadeusza” przeczytałem dwa czy trzy razy, i pewnie jeszcze nie raz po niego sięgnę, a „Ogniem i mieczem” połknąłem jako dziesięcioletni gówniarz. Ale „Potop”? Nuda, podchodziłem do niego dwa razy. Nie i nie.

To właśnie głównie przez „Potop”, a w ogóle przez lektury szkolne, miałem długą przerwę od czytania w domu. Nauczyłem się czytać i pisać w wieku trzech lat, w przedszkolu byłem bodaj jedynym gówniakiem, który potrafił podpisać (POPRAWNIE!) swoją pracę. Czytałem bajki dla dzieci, dość szybko chciałem się zabrać za poważniejszą literaturę, ale… mama nie pozwoliła mi przeczytać „Zaginionego Świata” Michaela Crichtona. Czytałem więc inne rzeczy. Dopóki nie pojawiły się lektury szkolne.

Nigdy nie umiałem czytać kilku książek naraz. Więc skoro trzeba było czytać coś do szkoły, musiałem zaprzestać czytania tego, co lubię. A że lektury były w większości nudne (dla mnie), wielu nie przeczytałem. I tak to trwało i trwało… Aż w gimnazjum, dzięki mojej mamie, poznałem wiedźmina Geralta. I zacząłem czytać na nowo. Lektur nie czytałem, albo czytałem, jak mi się bardzo nudziło i nie miałem nic ciekawszego. Aż przyszedł… POTOP. Przeczytałem całe sto stron. Dostałem pałę na lekcji za nieznajomość lektury. Ale wszelkie notatki skrupulatnie zapisywałem i nauczyłem się ich. Za wypracowanie na cztery strony dostałem pałę. Z komentarzem na czerwono, że moje wypociny mogą starczyć jedynie za wstęp i zakończenie, brak więc rozwinięcia. Ciekaw jestem, czy gdybym nie miał pecha, i pani „profesor” A. nie chciała zweryfikować mojej wiedzy, i NIE DOWIEDZIAŁABY SIĘ, ŻE NIE PRZECZYTAŁEM JEBANEGO POTOPU, moja praca również miałaby wartość najniższą z możliwych. Pewnie nigdy się nie dowiem. Ale mam to w dupie, bowiem babeczka nie mogła uwierzyć w to, że zdałem maturę z polaka, i to z TAKIM WYNIKIEM. Jej szeroko otwarte z niedowierzania oczy zapamiętam do końca życia.

Rozpędziłem się trochę, a chodziło mi tylko (i aż) o to, że mając zbyt wiele przymusowych (i nudnych) rzeczy do czytania ludziski mają mniejsze szanse na rozwój dzięki literaturze. Zapytacie, a w czym taka „Wieża Jaskółki” jest lepsza od „Lalki”, dlaczego ma rozwijać bardziej? Ano dlatego, że na przykład ja nie napisałbym ani jednego opowiadania (mniejsza o jakość), gdybym nigdy nie zetknął się z fantastyką. Nie rozwinąłbym swojej wyobraźni (a jest bujna), gdybym operował tylko na tym, co każą przeczytać w szkole. Dlatego komentatorów, o których wspomniałem wyżej, uważam za ciasnomózgich debili, którym chodziło chyba jedynie o to, żeby opluć „Gównianą Wyborczą”, bo to proPeOwskie i proniemieckie ścierwo.

Według mnie za dużo jest tych czytanek w programie. Odnoszę też wrażenie, że osoby układające listę lektur cierpią na to samo, co wspomnieni wyżej komentatorzy. Na oko licząc, ponad 90% lektur to starocie, z najnowszej literatury dojrzałem „Katedrę” Jacka Dukaja. Może jest coś więcej, ale ja też nie znam wszystkiego. Nie ma się co dziwić, że uczniowie nie chcą czytać lektur, skoro są często napisane niezrozumiałym już dziś językiem… Nie tyczy się to oczywiście wszystkich pozycji, jednak wiele metafor, jak również samych konstrukcji zdaniowych może być niezrozumiałych, lub do zrozumienia ciężkich. Wspomniałbym jeszcze o ewolucji języka polskiego, jak i o jego degradacji w pewnych kręgach „kóltórowyh”, ale… kwestię upośledzenia językowego sebiksów, karyn, hipstarów i innych przedstawicieli homo spierdolicus zostawię sobie na inny wpis.

Niezmiernie się cieszę, że skończyłem już liceum i nie jestem zmuszany do czytania. Teraz lektury wybieram sobie sam. Niektóre dla przyjemności, a inne jako pomoc dydaktyczną na studia. Lub do samorozwoju. Całe szczęście mam tyle książek, że pewnie jeszcze kilka lat zajmie mi przeczytanie jednego regału (a na razie mam trzy). Na pewno znajdę w nich inspirację dla własnej twórczości, na pewno przeżyję niezapomniane przygody z bohaterami. Na pewno też, niestety, natknę się na powieści słabe, albo gówniane. To będą jednak moje wybory, i moich wyborów konsekwencje. Nikt mi tego nie narzuci.

I Wam też takiej, przynajmniej takiej, wolności życzę.

 

W tekście wykorzystane zostały cytaty i komentarze spod adresów:
http://wyborcza.pl/7,75398,21816152,nie-bedzie-elit-bedzie-fikcja-jak-po-reformie-edukacji-licea.html
https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/339955-6-7-ksiazek-rocznie-w-liceum-to-przytlaczajaca-ilosc-kuriozalny-alarm-wyborczej
https://dorzeczy.pl/obserwator-mediow/29682/Maja-czytac-az-siedem-ksiazek-rocznie-Wyborcza-alarmuje-internet-peka-ze-smiechu.html

A zdjęcie zrobiłem sam, w przerwie między akapitami.

Share This:

No Comments

Leave a Comment