Religia tylko dla głupców?

Dziś wywiązała się dyskusja między mną a moim ojcem. Zaczęło się od tego, że zapytał, czy nie mam problemów z kręgosłupem… Odpowiedziałem, że jeszcze nie. Bo nie boli. Ale jestem „lekko” garbaty, więc można by było coś z tym zrobić. Napomknąłem o pewnym japońskim ćwiczeniu, które czytałem kiedyś a JoeMonsterze. Że może podziała. A na pewno nie powinno zaszkodzić.
Potem zapytałem, czy słyszał o eksperymencie z małpami i wodą. Nie słyszał, więc opowiedziałem. Przytoczyłem również anegdotkę o obcinaniu skrajów szynki. To przypomniało tacie o pewnych badaniach/eksperymentach/wywodach (niepotrzebne skreślić) pokazujących, że pewne zachowania można dziedziczyć genetycznie. Jak dla mnie jest to całkowicie naturalne, bowiem zarówno smak jak i smykałkę do pewnych dziedzin nauki dziedziczy się, więc dlaczego nie np. zwyczaj drapania się w głowę po deszczu? Tak z dupy przykład, ale każdy jest dobry.
No i wówczas stwierdziłem, że podobnie jest z religią.
Dlaczego? Ano… religia jest bardzo często tradycją, zwyczajem, niegdyś potrzebnym, dziś raczej zbędnym.
Konkretnie – kiedyś religia wyjaśniała przerażające zjawiska atmosferyczne istnieniem bóstwa. Dziś nasza wiedza jest na tyle rozwinięta, że nawet jeśli czegoś nie rozumiemy, to mamy świadomość, że jest to dzieło natury i na tę chwilę po prostu nie potrafimy tego wyjaśnić. Nie boimy się tego. Nie musimy umieszczać w tym bóstwa. Bo może to natura jest naszym bóstwem? Wszechpotężna, wszechogarniająca nas, ale niewymagająca jakiejś bezsensownej czci?
No właśnie, ta „cześć”… Nie twierdzę, że człowiek nie potrzebuje wiary. Każdy w coś wierzy. W Jahwe, Allaha, Siwę, Quetzalcoatla czy prawa fizyki. Ale ta wiara jest w każdym z nas. I każdy czuje przed nią respekt. Co jednak z religią, zbiorem nakazów i zakazów w większości totalnie bez sensu? Oczywiście jeśli odrzucimy sens kontroli masy ludzi.
Mój ojciec starał się wytłumaczyć mi, że religia jest potrzebna właśnie po to, by utrzymywać te masy w ryzach. Skoro tak, odpowiedziałem, to znaczy, że religia jest dla debili i zacofańców. Burzcie się, tak. Bo jakiej jakości człowiekiem jest ktoś, kto nie zabija i nie kradnie nie dlatego, że jest to złe, ale dlatego, że będzie po śmierci cierpiał? Czysty egoizm. Mam wyjebane na drugiego człowieka, bo liczę się tylko ja. O ile bardziej wartościowy jest ktoś, kto czyni dobrze, bo „tak trzeba”. To zdaje się był egzystencjalizm na języku polskim. Po śmierci nic nie ma, nie ma nagrody ani kary, dlatego w tym życiu można robić co się chce… ale TRZEBA być dobrym. Bo to jest złe.
Można jednak zapytać co jest genezą tego zła. Dlaczego coś jest „złe i już”? Można wrócić w kierunku egoizmu, wyznając zasadę „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”. Rozwijając to na coś bardziej szlachetnego: „wolność twojej pięści kończy się tam, gdzie zaczyna mój nos”. Nawet można wspomnieć o drugiej części przykazania miłości. Tam gdzie jest mowa o miłowaniu bliźniego jak siebie samego. Wszystko jasne i proste. Po co więc ta cała sterta nakazów i zakazów, skoro wystarczy uniwersalna zasada, by nie szkodzić innym?
Skoro ludzie potrzebują zasad narzucanym odgórnie przez jakąś organizację, której do ideału daleko, a i to jest eufemizmem, to jak to świadczy o wychowaniu ich przez rodziców? Czy można mówić o dobrym wychowaniu w sytuacji, gdy dziecko, a potem dorosły, nie potrafi żyć bez zakazu robienia innym krzywdy? Czyżby nie widział w tym nic złego? Oczywiście często jedno idzie w parze z drugim, nie patrzę na to w konwencji czerń-biel – ale jak często słyszymy od innych, że „nie zrobią tego, bo to grzech”? Tak samo grzechem jest niepójście w niedzielę do kościoła, przekleństwa czy cała masa innych rzeczy, które nikomu nie szkodzą. Dlaczego niektórym brakuje rozróżnienia, co jest dobre, co złe, a co neutralne?
Rozumiem, że ktoś potrzebuje wyciszenia, i znajduje je akurat w kaplicy. Rozumiem, że potrzebuje zrzucić z siebie ciężar zła, które wyrządził, i musi się komuś wygadać – nawet jeśli jest to obcy facet, który niekoniecznie stroni od małych dzieci. Rozumiem potrzebę rytuałów w życiu człowieka. Ale nie rozumiem potrzeby podporządkowania się systemie bezsensownych nakazów i zakazów. Bo jeśli ktoś prawo „boskie” przedkłada nad prawo świeckie, czyli karne, cywilne, czy jakie tam jeszcze są, to co stanie się w momencie, gdy taki człowiek utraci wiarę? Gdy stwierdzi, że jego religia jest gówno warta, i że wszystko, w co wierzył okazało się kłamstwem? Taki człowiek nie będzie miał nic do stracenia. I wówczas będzie stanowił zagrożenie dla każdego, kogo spotka.

Share This:

No Comments

Leave a Comment