Rok już minął, czyli Pan Pierożek wspomina

Panem Pierożkiem nie zostaje się – ot tak. Najpierw był chrzest, w przeciwieństwie do tego wiedźmińskiego, było to Chrzest Wody. Po nim nastąpiły trzy miesiące ciężkiego, wyczerpującego treningu, by w końcu trafić do Zakonu Mąki i Cukru. Po dość krótkim czasie zostałem ochrzczony Prawdziwym Imieniem. Panem Pierożkiem właśnie.

Ale o tym już wiecie. Być może nie wiecie za to, że Chrzest Wody, najbardziej chyba męczący dzień w moim życiu, przepełniony strachem, niepewnością i brudnymi talerzami, wydarzył się dokładnie rok temu. Wtedy to pierwszy raz miałem okazję być pracownikiem restauracji.

NOWE DOŚWIADCZENIE ZAWSZE BĘDZIE W CENIE

 

Aplikowałem na zmywak. Potrzebowałem fizycznej pracy, by się wyciszyć i odpocząć psychicznie od prowadzenia firmy, oraz przygotować się mentalnie przez wakacje na rok akademicki. W końcu miałem trzyletnią przerwę od nauki. Wcześniej przez dwa tygodnie pracowałem w magazynie przy rozładunku kontenerów, pomyślałem więc, że zmywak nie będzie taki straszny. Jakże się myliłem…

Zastępca szefa kuchni poinformował mnie, że do godziny 17-18 powinno być w miarę spokojnie, ale na czas późniejszy lepiej żebym się przygotował psychicznie. Spodziewałem się, że od początku (godzina dwunasta) do tej osiemnastej będę miał przesrane, jednak nie było tak źle. Wyrabiałem się z talerzami, skrzyniami, plastikowymi wiadrami i resztą oprzyrządowania kuchennego. W międzyczasie pojawiło się dwóch panów, których po krótkiej wymianie zdań zidentyfikowałem jako szefów. Szefów szefów. Szefów wszystkich szefów. Pomyślałem, że kontrola pierwszego dnia pracy nie wróży nic dobrego. Nie pomyliłem się aż tak mocno. Usłyszałem coś w stylu: „nie rozumiem, dlaczego szefowie kuchni nie przekazują poprawnych instrukcji nowym pracownikom”, po czym jeden z szefów sam, własnoręcznie pokazał mi, jak robić, żeby było jeszcze szybciej i dokładniej.

To były dwa szoki. Pierwszy, że sam pracodawca brudzi własne dłonie tylko po to, by poinstruować nowego człowieka na dniu próbnym na zmywaku. Szok drugi – naprawdę szło mi potem szybciej. Zbliżający się moment przegięcia nie wydawał mi się już taki straszny. Po prostu nie będę mógł robić sobie tylu przerw.

Pozytywne nastawienie było podbudowywane przez managera i zastępcę szefa kuchni, jak również innych pracowników kuchni oraz kelnerów, którzy nie mogli się nadziwić, że tak dobrze sobie radzę. Okazało się jednak, że była to z mojej strony nadinterpretacja.

WALKA Z ŻYWIOŁEM

 

Popełniłem dwa zasadnicze błędy. Nie licząc tego, że poszedłem pracować w gastronomii. Mianowicie nie słuchałem rad osób, które wiedzą, jak się w tej kuchni pracuje. Zamiast namoczyć metalowe geny, na bieżąco zmywałem zastawę. No i zostałem na koniec z zaschniętymi sosami i górą talerzy. Gdy kuchnia skończyła pracę, a kelnerzy sprzątali po ostatnich gościach, na zmywaku nie było widać końca pracy. Ostatnie dwie kelnerki, które zamykały restaurację, musiały na mnie czekać. Pod wpływem zniecierpliwionych spojrzeń i znaczących westchnień postanowiłem, że nie dokończę zmywania. Było już po pierwszej w nocy, a końca ciągle nie było widać. Na swoją obronę muszę zaznaczyć, że na samym wstępie miałem do umycia syf pozostawiony przez człowieka, który dzień wcześniej był na dniu próbnym na zmywaku i ulotnił się nieco po 22. Gdyby nie to, prawdopodobnie wyrobiłbym się ze wszystkim na czas.

Drugim poważnym błędem było niezałożenie rękawiczek. Ten akurat błąd miał swój powód. Nie cierpię robić nic w rękawiczkach. Jest mi w nich niewygodnie, palce tracą w nich czucie. I strasznie chujowo spłukuje się z nich pianę, co spowalnia zmywanie. Jednak do ich niepodważalnych zalet należy ochrona dłoni. Moje, już po kilku godzinach pracy w wodzie, przedstawiały sobą opłakany obraz nędzy i zniszczenia. Skóra grubymi kawałami odchodziła od ciała, w wielu miejscach widziałem żywe mięso. Wiedziałem, że w nocy, gdy dłonie wyschną, nawet krem mi nie pomoże. Bo oprócz tego, że będą suche, będą też porozcinane.

Nie pomyliłem się…

KONIEC KOSZMARU

 

Od miesiąca już nie pracuję w kuchni. Pobyt tam był naprawdę koszmarny. Nie chcę teraz nic wyolbrzymiać ani na siłę się wyżywać, bo już mi tam nikt nic nie zrobi, ale nigdy więcej nie chcę pracować w gastronomii. To jest praca dla ludzi, którzy albo to kochają, albo nie mają większego wyboru. I chodzi tu jedynie o specyfikę branży, nie o konkretne miejsce pracy.

Pomimo wielu słychów odnośnie kilku moich współpracowników, ja osobiście nigdy nie doświadczyłem żadnego skurwysyństwa, chamstwa czy celowego utrudniania pracy. Nie twierdzę, że wszystkim z ust wypadały tylko kwiatki i tęcza, ale jeśli potrzebowałem pomocy, ktoś zawsze mi pomógł, a ja też starałem się nie pozostawać dłużnym. Na szczególne jednak podziękowania zasługuje szef kuchni. Gdyby nie on, prawdopodobnie zgniłbym na zmywaku, albo uciekł stamtąd po pierwszym tygodniu lipca.

Do dziś nie wiem, czy faktycznie dostrzegł we mnie jakiś potencjał, czy po prostu żal mu się mnie zrobiło. Ale na całe szczęście po tym jednym, pierwszym, nieszczęsnym dniu na zmywaku zabrał mnie do kuchni i zrobił… zmywakiem kuchennym. To już jednak była inna bajka, i nawet jako pomocnik kuchenny nauczyłem się kilku przydatnych podczas robienia obiadu rzeczy. To zaś przeniesienie ze zmywaka do kuchni było pomostem do Krainy Wypieków i stojącego na jej terenie Zakonu Mąki i Cukru.

A JEDNAK TROCHĘ TĘSKNIĘ

 

Tak. Bardzo chciałem stamtąd odejść, bo nie miałem siły na nic poza pracą. Wstawanie o piątej rano, praca dziesięć godzin na podwyższonych obrotach, a w weekendy szkoła. Jeden dzień wolny w tygodniu, przeznaczony w zasadzie na ogarnięcie się i mentalny powrót do rzeczywistości. Miałem dość. I nie musząc tam chodzić, czuję się szczęśliwszy. Ale trochę jednak tęsknię za kuchnią. Ma to swoją specyficzną atmosferę, pewien urok. Jednak – nie pasuję tam. Bo… gotowanie nie jest moją pasją.

Co nie znaczy, że nie lubię gotować. I chyba jest tak, jak powiedział mi kiedyś szef kuchni:

Gdziekolwiek odejdziesz, gastronomia na zawsze będzie w tobie siedzieć. No, chyba że już przed przyjściem tutaj byłeś pojebany.

 

Pojebany jestem od chwili poczęcia, ale w tych słowach jest sporo racji.

To pisałem ja – Pan Pierożek.

Share This:

No Comments

Leave a Comment