Rowery na szosę

Dzień był słoneczny, choć niezbyt gorący. Przed przegrzaniem skutecznie chronił delikatny wietrzyk, który na szczęście ani myślał zanikać. Takie lato, to ja rozumiem – pomyślałem, idąc chodnikiem przy jednej z bardziej ruchliwych ulic Gdańska. Być może optymalna dla mojego ciężkiego cielska aura była bardziej związana z porą dnia, aniżeli z warunkami atmosferycznymi. Fakt, zbliżał się wieczór. Ale nie widziałem powodu, by mniej się cieszyć klimatem lipcowego popołudnia.

– Ach – wzdychałem pod nosem. – Idealna pogoda na spacer, i…

DZYŃ!!! DZYŃŃŃŃ!!!

…kurwa, rower – dokończyłem w myślach, przepuszczając w ostatniej chwili pędzącą jednośladem babę w wieku postprodukcyjnym. Jak nie dzieci rodzić, to krowy doić, kurwa twoja mać – kląłem w głowie. Nie było sensu wykrzykiwać wyzwisk na głos. Nawet gdyby nie zapieprzała, jakby ją komornik gonił, to i tak nie usłyszałaby ani słowa. Gęsty uliczny ruch skutecznie zagłuszał wszelkie próby emisji jakichkolwiek dźwięków z gęby.

Nie do końca jestem z tego dumny, ale życzyłem jej, żeby zabłąkany patyk wkręcił się jej w szprychy, żeby się wywaliła na tym rowerku i sobie głupi ryj o asfalt rozwaliła. Czy to życzenie się spełniło – nie wiem. Babsztyl zniknął za rogiem.

Zrobiwszy zakupy w spożywczaku zrobiłem w tył zwrot i ruszyłem do swojego leża, celem zrobienia czegoś konstruktywnego przed położeniem się spać. Słońce jeszcze dawało o sobie znać, jednak widocznie chyliło się ku zachodowi, znajdującemu się gdzieś daleko za poszarpanym horyzontem gęsto pozasadzanych wieżowców.

Wróciłem myślami do babsztyla na rowerze, i do każdego jednego rowerzysty zapieprzającego po tym chodniku. Mimo że sam uwielbiam rowerowe przejażdżki i boleję strasznie nad nieposiadaniem własnego jednośladu, to wszystkich tych baranów na miejscu bym za…

Rozmyślania przerwało mi uderzenie w ramię, na tyle mocne, bym padł na kolana, a idiota-pedał-chuj rowerzysta wylądował na murze okalającym kompleks knajp.

– Do szkoły chodzenia idź, grubasie! – wrzasnął podnoszący się z ziemi ćwok w kolorowym kasku i, zapewne markowym i drogim jak kajdan Popka, obcisłym kombinezonie.

– Naucz się jeździć, patałachu – odwarknąłem.

Naprawdę nie chciało mi się dyskutować. Chciałem po prostu zaparzyć kufel owocowej herbaty, usiąść w fotelu przy komputerze i zacząć pisać, jednak napastnik z przypadku miał dla mnie inne plany, a przypadek powoli przeradzał się w intencjonalny atak.

– Do sądu cię pozwę, chuju – wydzierał się niedzielny jeździec jednośladu.

Zatrzymałem się, westchnąłem, po czym podszedłem do agresora. Spojrzałem w jego kaprawe oczka, nabiegłe krwią niby ściśnięta nerka, wziąłem głęboki wdech i zanim zdążył wypuścić kolejną wiązankę wyzwisk i gróźb, z moich ust wylał się potok słów:

– Dla twojej wiadomości, nie powinno cię tu w ogóle być. Po pierwsze, chodnik jest za wąski. Po drugie, nie użyłeś dzwonka, którego, jak zresztą widzę, nie posiadasz, za co należy ci się mandat i kopniak w mordę. Po trzecie… – Rozpędzałem się powoli, ale ze stałym przyśpieszeniem. – Po trzecie, nie masz pod opieką żadnego gówniaka. Po czwarte i piąte, nie pada, nie wieje, nie jest ślisko, a ruch na drodze jest już o tej porze słaby, więc powinieneś, musisz, masz jeździć po ulicy, bo rower to pieprzony pojazd drogowy…

Skończyło mi się powietrze. Amator kwaśnych jabłek i niedopompowanych dętek, sam jak dętka wyglądający, próbował w tym miejscu i momencie wtrącić swoje trzy i pół grosza, ale nie od parady śpiewałem kiedyś w basach, o nie! Wziąłem szybki wdech brzuchem i wypaliłem mu prosto w twarz, nie zastanawiając się, czy zemdleje od wyziewów lub kwaśnej śliny:

– A w ogóle to wypierdalaj na drugą stronę ulicy, chuju złamany, bo tam właśnie jest ścieżka rowerowa!

Ostatnie zdanie chyba do niego dotarło, nie wiedziałem jednak, czy takie wrażenie wywarło podanie lokalizacji drogi przeznaczonej dla ruchu jednośladów bez napędu silnikowego, czy też epitet, być może dotykający jakichś jego kompleksów, dość powiedzieć, że zamknął mordę i chyba nie zamierzał w najbliższym czasie jej otwierać. Odwróciłem się więc szybko, by ukryć drżenie kończyn wzbudzone nagłym przypływem adrenaliny i odmaszerowałem w stronę domu.

Niech mu dętka pryśnie i siodełko razem z kijem w dupę wejdzie – pomyślałem z wściekłością. – I złam nogę, zanim zrobisz komuś krzywdę.

Nagle poczułem wilgoć w uchu i w szerokich jego okolicach. Zadziałałem odruchowo. Wziąłem szybki a mocny zamach i prawym mocno szerokim sierpowym przedłużonym reklamówką z zakupami uderzyłem przed siebie i trochę w lewo. Znaczy się, rowerzysta-zasraniec oberwał w tylne koło na tyle mocno, że stracił równowagę i razem z rowerem wywalił się w trawę. Drugi raz w ciągu kilku minut.

Tym razem nie uznałem za stosowne się zatrzymać, czy nawet zaszczycić plującego gnoja pomniejszym spojrzeniem. Kroki swe skierowałem na jego leżący rower, który pechowo przygniatał do ziemi nogę napastnika. Zdeptałem tylne koło górala, cyklista zawył z bólu, czując ramę wbijającą się w jego łydkę. Kolejny krok przypadł w udziale ramie właśnie, blisko pedałów (dwóch rowerowych i trzeciego ludzkiego). Następny na przednie koło, a prawa noga, wykonująca krok wychodzący z pojazdu, zamaszystym kopniakiem obróciła kierownicę o kilkadziesiąt stopni. Jakim cudem przy tej okazji leżący i wyjący patafian dostał w mordę, nie wiem. Może jakimś magicznym sposobem kierownica wydłużyła się na ułamek sekundy, a może (nie)chcący przywaliłem mu przepoconym sandałem.

Dalsza droga do domu przebiegała bez zakłóceń. Nie spotkałem już też żadnego rowerzysty. Na całe szczęście.

Ich wszystkich.

Share This:

2 komentarze

  • Introwertyczka w sieci Lipiec 29, 2017 at 3:18 am

    Co do dzwonków, to też nie masz obowiązku ich słyszeć. Można mieć problemy ze słuchem, a niedosłyszący też przecież mają prawo korzystać z chodników, jak wszyscy inni. Poza tym hałas ruchu ulicznego też robi swoje. Zakładam, że jeśli idzie się spokojnie chodnikiem, to teoretycznie nic nie ma prawa najeżdżać. Teoretycznie.

    Reply
    • Juliusz Maretzky Lipiec 29, 2017 at 6:18 am

      Niedosłyszący to insza inszość, w każdym aspekcie każdego zdarzenia są sytuacje wyjątkowe.
      Co do hałasu, to huk samochodów na ulicy musi być naprawdę głośny, by pieszy nie usłyszał dzwonka.
      Teoretycznie – zgadza się. Tylko teoretycznie. Dlaczego tylko teoretycznie? O tym właśnie napisałem.
      Bo rowerzyści w większości są jebnięci i uważają się za święte krowy.
      Wczoraj szedłem tym samym chodnikiem. Teraz leżą na nim wały, bo lało i prawie Gdańsk zalało. Ponad połowa chodnika (mówię o szerokości) jest nieprzechadzalna (takie słowotwórstwo). Ścieżka rowerowa po drugiej stronie ulicy jest wolna.
      Gdzie jeżdżą rowery? Proszę się domyślić…

      Reply

Leave a Comment