Rozprawić się z samym sobą

W poprzednim wpisie [TUTAJ CZYTAJ] wywnętrzniałem się odnośnie anime Clannad i Clannad After Story. Teraz muszę uzewnętrznić się co do ciągu dalszego moich smutnych przeżyć.

Wtorek tydzień temu minął pod znakiem chlania, środa naznaczona była rzyganiem i obejrzeniem Clannad. Czekałem z niecierpliwością do soboty, nie mogąc skupić się na czymkolwiek, by móc obejrzeć AS. Zacząłem oglądać w piątek wieczorem, aż dotarłem do momentu, który wkurwił mnie niemiłosiernie. Napisałem do siostry, że „co to ma kurwa mać być”, i poszedłem spać. To nie mogło się tak skończyć…
Jako, że do końca pozostała jeszcze niemal połowa odcinków, trzeba było oglądanie dokończyć. Rano wstałem i włączyłem. Właściwie nie wstałem, bo oglądałem z łóżka. Nie miałem siły się podnieść, nie mogłem uwierzyć w to, co zrobili twórcy. Oglądałem kolejne odcinki i płakałem, przeżywałem z głównym bohaterem jego ból i radość wymieszane niczym nieudany koktajl. Aż na sam koniec… Poboczny wątek, który wydawał się wtrąceniem „z dupy”, okazał się wątkiem najważniejszym, pierwszoplanowym, przerwszorzędnym i pierwotnym. Poczułem eksplozję w środku. Nigdy wcześniej tak nie ryczałem. Nigdy, ani na filmie, ani na serialu, ani na pogrzebie…
Wiem, że niektórzy mogą być tym zniesmaczeni, a jednak płacz na pogrzebie wiąże się z poczuciem utraty kogoś bliskiego, czymś tak naprawdę bardzo egoistycznym. Bo to my czujemy ten brak. W gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy egoistami, jeśli chodzi o nasze uczucia. Gdyby tak nie było, nikt by nie płakał. Współczucie też jest formą egoizmu, bo współ-czujemy, czyli również odczuwamy smutek, razem z tymi, którym współczujemy właśnie.
To anime dotknęło czegoś we mnie. Czego? Nie wiem. Ale dotknęło mocno, wręcz uderzyło. Od soboty popłakiwałem po kątach. Sobotnie wielkie zmywanie garów przepłakałem, ledwie byłem w stanie utrzymać talerze w dłoniach. Wiedziałem, że będę musiał obejrzeć to jeszcze raz. Obie serie. Właściwie nie „obie serie”, gdyż jedno bez drugiego nie istnieje, to jakby dwie połówki jednego filmu, dwie połówki całości. Nie uzupełnienie, nie dopełnienie, suplement, ciąg dalszy, tak jak mi się wydawało. Jeśli ktoś z Was będzie chciał obejrzeć Clannad, MUSI obejrzeć After Story. Jeśli nie, to będzie to obejrzenie filmu do połowy.
Więc wiedziałem, że obejrzę. Ale nie wiedziałem kiedy.
Z wyznaczeniem daty pomogli mi koledzy. „We wtorek znów pijemy u Arka”. A więc w środę znów będę „po imprezie”. Pojawiła się myśl, dość głupia, by zrobić z tego tradycję. Co wtorek wódka, co środę Clannad. Tak czy inaczej, środę postanowiłem przeznaczyć na obejrzenie C i CAS. Nie piłem więcej niż mogłem, wszak chciałem być w stanie oglądać od rana. To tylko 16 godzin…
Zacząłem jeszcze we wtorek, po powrocie do domu. Rano oglądałem dalej. Po obejrzeniu całego Clannad musiałem pojechać w miasto. Po powrocie zacząłem After Story. Skończyłem o 4 nad ranem.
Potrzebowałem tego. W każdym momencie wiedziałem, co wydarzy się za chwilę, a mimo to przeżywałem każdą scenę. Tym razem nie hamowałem się. Szlochałem i wybuchałem płaczem co chwilę. Cały dzień i praktycznie cała noc spłynęły łzami.

Potrzebowałem tego. Oczyściłem się z napięcia. Teraz w miarę mogę normalnie funkcjonować. Wiem, że jeszcze nie raz to wszystko obejrzę, z nie mniejszymi emocjami, ale do tego czasu mogę nie cierpieć.
Zastanawia mnie tylko, dlaczego tak mocno mnie to dotknęło.
Być może mogę utożsamiać się pod pewnymi względami z głównym bohaterem.
Być może żałuję, że w pewnych sprawach nie postępowałem jak on.
Być może po prostu urzekło mnie piękno tej, bądź co bądź, zwyczajnej historii, która jednak okazała się historią niezwyczajną, magiczną i ponadnaturalną.
Być może nie będę potrafił już nigdy, albo przez bardzo długi czas, pomyśleć nawet o wiązaniu się z kimkolwiek, bo nie będzie to tak piękne, jak w tym obrazie. Nie będzie tak piękne, nie będzie tak magiczne. Za to może być równie bolesne jak to, co przeżył Tomoya.
Bez szans na próby ocalenia.

Przez tydzień dowiedziałem się o sobie bardzo dużo. Przez tydzień jedna „chińska bajka” (wiem, wiem, że nie chińska) pokazała mi kilka stron z książki o mnie samym. Przez ten tydzień pojawiło się również wiele wątpliwości. Tak, jakby musiała istnieć równowaga. Im więcej wiem o sobie, tym więcej muszę sobie zadawać o siebie pytań. Wiedza generuje niewiedzę. Odkryłem coś, ale i odkryłem coś, czego nie znam i nie potrafię wytłumaczyć.
Jeden tydzień.
32 godziny.
I potrzeba posiadania wielkiego pluszowego Dango.

Share This:

No Comments

Leave a Comment