Siano w głowie

Obudziłem się dziś ze strasznym bólem głowy. Otworzyłem najpierw jedno oko, to prawe. Jestem praworęczny, więc jakoś tym prawym okiem lepiej operuję. Jest silniejsze i zręczniejsze. Popatrzyłem nim przed siebie. Stwierdziłem, że jest ciemno, otworzyłem więc oko lewe. Może to będzie lepiej widzieć. Nic. Ciemno.
Okazało się, że leżałem na brzuchu, a twarz miałem wciśniętą w poduszkę. To by wyjaśniało tę ciemność. Oraz fakt, że było mi cokolwiek duszno.
Odwróciłem się na plecy, by spojrzeć na sufit. Falujący sufit. Kto to widział, żeby sufit falował?! Aha – pomyślałem – przecież boli mnie głowa, to i widok jest dziwny.
Usiadłem.
Na skronie naciska tępy ból, czuję się, jakbym był jednym z tym hipsterskich gimboskejtów, co to noszą za ciasne czapeczki. Ale ja noszę tylko zimową czapkę, ona nie jest ciasna.
Nagle usłyszałem głos. Głos w mojej głowie.
– Odkręć mnie!
Wiedziałem, że to z mojej głowy, więc nie rozglądałem się za źródłem dźwięku. Pomyślałem, że musi być ze mną naprawdę nietęgo, skoro słyszę głosy, sufit faluje, a drzwi są z drugiej strony pokoju i wychodzą na dwór.
– Odkręć mnie, patafianie! – rozległo się znowu.
– Czego chcesz? – zapytałem, chociaż miałem świadomość, że gadam do siebie.
– To ja, twoja głowa! – zabrzmiała odpowiedź.
No tak, cóż by innego. Postanowiłem olać ten temat, jednakże temat ów miał inne plany.
– Odkręć mnie, bo zabolę mocniej! – krzyknął głos, po czym jakby na potwierdzenie jego słów głowa wybuchła mi mroczną eksplozją.
Padłem na wznak. Chwilę dochodziłem do siebie, gdy tymczasem głos trajkotał. Cały czas o odkręcaniu, na przemian z bluzgami w moim kierunku. Postanowiłem grać na zwłokę.
– Przecież skręcę sobie kark – wystękałem.
– Masz głowę odkręcić, a nie kark, debilu! – odkrzyknął głos.
– Jak mam to…AŁA! – wrzasnąłem, bo głos najwyraźniej się niecierpliwił. Ból promieniował na całe ciało.
– Będziesz ostrożny, to nic ci nie będzie. To nie mój problem.
Bardzo nie chciałem, żeby znów przeszył mnie ten miecz boleści. Chwyciłem się za głowę, i lekko, powolutku zacząłem nią kręcić w prawo.
– W drugą, idioto, teraz dokręcasz. To gwint prawy – pouczał mnie coraz bardziej wkurzający głos.
Pokręciłem więc w lewo. Ku mojemu bezbrzeżnemu zdziwieniu głowa nie stawiała oporu i po krótkiej karuzeli, pozwalającej zobaczyć wszystkie strony pokoju z mojego miejsca, głowa odeszła od ciała. Położyłem ją delikatnie obok siebie.
– I co, teraz lepiej? – Chciałem zapytać, i pewnie zapytałem, ale już tego nie usłyszałem. Nie miałem przecież uszu. Z drugiej strony nie wiem jak miałbym o to zapytać, skoro nie miałem ust. Gdzieś jednak to pytanie wybrzmiało, nie w głowie, przecież ją odkręciłem, ale gdzieś na pewno. To dowodzi niezbicie, że nie myślimy głowami. No cóż, fiuta sobie nie odkręcałem, a skoro jestem facetem…
Pomacałem obok siebie – głowy nie było. Nieźle się urządziłem. W zasadzie mógłbym pójść do kuchni i próbować znaleźć sposób, by zjeść śniadanie, ale bez ust przewidywałem mały problem. Pomacałem się po szyi, w nadziei znalezienia otworu, przez który mógłbym się karmić, ale nie, szyja była zasklepiona. Poczułem się jak Ken. Tylko z fiutem. Błyskawicznie, w poczuciu zagrożenia, wsadziłem sobie dłoń w gacie. JEST.
Zastanawiałem się co robić. Uświadomiłem sobie, że do kuchni nie pójdę, bo drzwi wychodzą na zewnątrz, a z dworu po omacku nie trafię. Musiałbym znaleźć klucze, ale one są w kurtce w przedpokoju. Poczułem się jak w jakimś chorym filmie, albo serialu. Rola wprost dla mnie: Doktor Latająca Głowa. Tylko że głowa jest chuj wie gdzie, a główny bohater jest ślepym ciałem. Świetna perspektywa.
Wtem poczułem wilgoć na palcu. Pomacałem – głowa. Wróciła. I obśliniła mi całą dłoń. Ależ ja mam obleśny język – pomyślałem.
Bez zbędnych ceregieli złapałem głowę i wkręciłem ją sobie na miejsce. Od razu poczułem przypływ wrażeń zmysłowych.
– Gdzie byłaś? – zapytałem.
– W dupie – odpowiedziała głowa.
Nie było sensu z nią dyskutować. Gadaj z dupą, to cię osra, mówią, ale tym razem dupa siedziała cicho.
Spostrzegłem, że drzwi znów są na swoim miejscu, poszedłem więc do kuchni.
Nabrałem ochoty na płatki z mlekiem. Otworzyłem więc szafkę nad lodówką, a tam… siano. Cała szafka wypchana sianem. Luźne ździebełka wypadały na mnie jak włóknisty, woniejący śnieg. Szybko zamknąłem drzwiczki. Może chociaż napiję się mleka – pomyślałem, po czym otworzyłem lodówkę. A tam to samo. Siano. Siano w przegrodach na warzywa, siano na półkach, siano powpychane za relingi na drzwiczkach. Siano.
– Kurwa – powiedziałem głośno.
Z nadzieją, ale i przestrachem, otworzyłem zamrażalnik. No, nie zawiódł mnie. W zamrażalniku było to, co miało być. Zamrożona, ostatnia ćwiartka chleba własnego wypieku, dwa wiadereczka po lodach z koperkiem i natką pietruszki i kilkanaście lodów na patyku. Zamknąłem zamrażalnik.
Zostały dwie opcje. Chleb i dżem. Przecież nie będę żarł zieleniny ani lodów na śniadanie. Zamrożony chleb też nie jest dobrym pomysłem, a jest jeszcze trochę w chlebaku. Dżem natomiast przechowywałem w szafie pod oknem. Zamknięty, nie zepsuje się.
– Chyba jednak się, kurwa, zepsuł – powiedziałem głośno. Słoiki były wypchane, a jakże, sianem. Dodatkowo w worku na mąkę było siano, w opakowaniach makaronu było równiutko i równolegle ułożone siano, a w rozerwanych w panice opakowaniach przypraw znalazłem sproszkowane… siano.
Trudno, przyjdzie jeść suchy chleb. Otworzyłem chlebak, a tam siano.
– Noż kurwa.
Trudno, poczekam. Rozmrożę chleb z zamrażalnika, za dwie godziny zjem jako takie śniadanie. Popiję wodą. A właśnie… Rzuciłem się do kranu, mając mroczne przeczucie, że będzie z niego wypływało siano. Ale nie, woda. Do kurwy nędzy, czy ja jestem osłem albo krową? Tylko siano i woda. I zamrażalnik…
Otworzyłem go z takim rozmachem, że drzwiczki wyleciały z zawiasów i zrobiły dziurę w ścianie. E tam – pomyślałem – i tak trzeba kupić nową lodówkę. Wyjąłem chleb, odwinąłem go z worka, i moim oczom ukazało się ubite w zmrożoną kostkę siano. Panicznie rzuciłem się do zamrażalnika i zacząłem po kolei rozpakowywać lody. Każdy jeden był zamrożoną kupką siana na twardym patyku, który prawdopodobnie też był sianem.
– Co tu się dzieje do cholery? – zapytałem sam siebie.
Odezwał się głos w mojej głowie.
– Jesteś debilem. Ot co. Masz w głowie siano.
– Ale to siano jest też w lodówce i w szafie – warknąłem.
– Debil, osioł, co za różnica. Coś jeść musisz.

Share This:

No Comments

Leave a Comment