Słaba wola – cóż…

Jakoś nie miałem dziś sił, by wysiedzieć w pracy do 16.00. Wracając do domu oberwałem trochę deszczem, ale przeszło bokiem… a zapowiadało się na piękną burzę. Przy tejże właśnie okazji po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że „przezorny zawsze ubezpieczony”. Sztormiak w plecaku to bardzo dobra rzecz. Zwłaszcza w czasie deszczu.

Po powrocie do chatki zrobiłem papu. Usmażyłem ziemniaki, cebulkę, mięsko od Natalki (buźka :*), pieczarki (nie były tak zajebiste jak te „z torfu”), dodałem sosu pieczeniowego ciemnego i… śmierci… sosu śmierci. Mać… Nalało mi się nieco więcej niż pół łyżeczki. Tak z 4/7. Mój pysk spłonął… Ale i tak było wesoło.
Resztę wezmę jutro do pracy.

Olawszy plan na dzisiaj, włączyłem film. Wyłączyłem po dwunastu minutach. Ciągle jedząc i próbując nie spalić się do szczętu włączyłem Cywilizację. Po zjedzeniu całości i wylizaniu miski (jestem hardkorem!) wyłączyłem grę i zacząłem dalej plątać supełki. Kombinatorykę tknąłem. I odłożyłem. Nie mam dziś do tego głowy.

Wpisałem wydatki do arkusza. Okazuje się, że mogę wydawać 50 zł na tydzień i najadać się do syta. Pięciokrotnie więcej pochłaniają dziwne bajery typu plecak, kino…

A teraz siedzę i piszę TO właśnie, i zaraz kładę się do łóżka. Czytać książkę. Tylko na to mam siłę i ochotę…

Share This:

No Comments

Leave a Comment