Sroga zima znów zaskoczyła…

No właśnie, kogo? Bo przecież nie panów z łopatami do odśnieżania, kierowców piaskarek i solarek (tych co sól sypią, nie mobilnych solariów). Ogólnie – tak zwanych drogowców.

Myślałem, że w tym roku zaskoczyć się nie dadzą. Co prawda, zeszłej zimy nie pamiętam zbyt dobrze, ale nie przypominam sobie, by śniegi jakoweś w ilości większej niż żałosna nawiedziły miejsce mojego pobytu. W tym roku, zanim sroga zima rozpętała swe białe piekło, widziałem przygotowania. W środę, wracając z pracy, widziałem na własne oczy pojazdy rozsypujące na ulicach sól. Dodam, że w środę nie padał śnieg. Przynajmniej nie w Gdańsku. Przynajmniej nie w miejscach, w których się pojawiłem. Być może zaczął padać po moim wejściu do mieszkania, ale nie zwróciłem na to uwagi. Nie miałem szans. Przez całą dobę mam zasunięte rolety.

Problem zaczął się w czwartek. Śnieg walił jak nie przymierzając Christian Grey swoją… jakby jej tam nie nazwać. Do tego wiał wiatr, i nie stwierdziłem tego po krzywym chodzie osiedlowych pijaczków. Doświadczyłem tego na własnej skórze mojej własnej osobistej twarzy. Musiałem bowiem wyjść na dwór. Pójść na pocztę. Blisko mam, więc nie zapinałem kurtki, nie zakładałem szalika ani czapki. I będąc już na poczcie chciałem sobie napluć do ucha, bo zmarzłem, zbielałem, i zmokłem, gdy biały puch oklejający moje spodnie, bluzę, i wszystko inne zaczął topnieć. Nie naplułem, bo zabrakło mi pomysłów co do sposobu, w jaki mógłbym to zrobić. A mogłoby być ciekawie…

Wiatr wiał, śnieg sypał, a samochody się ślizgały. Mimo że czekałem na śnieg bardzo długo, taka pogoda niezbyt mi się podoba. Wolę śnieg plus słońce. Albo bez słońca, ale na pewno bez wiatru. Żeby nie było jakoś mega zimno, bo wtedy śnieg się nie klei, a ja chciałbym ulepić bałwana, jak za dawnych, dziecięcych lat.

W czwartek jeszcze, jak się okazało, w knajpie, w której pracuję, ludzie odwoływali rezerwacje. Nie byli w stanie dojechać. W Trójmieście dział się apokaliptyczny rozkurwiel, a to wszystko dlatego, że drogowcy znowu zasrali. Może tak wiało, że nie dojechali tam, gdzie powinni…

Dziś rano było już lepiej. Co prawda, chodniki o 5 rano były zawalone śniegiem, szło się koszmarnie trudno, ale na SKMkę zdążyłem. Ba, z dziesięciominutowym zapasem. Może dlatego, że dziś wyszedłem o czasie, i patrząc pod nogi śpieszyłem się niemiłosiernie. Tak czy inaczej, dziś bez niespodzianek. Ruch dopisał, problemów z dojazdem nie było. A w drodze powrotnej wyjąłem z kieszeni przenośny telewizor i porobiłem trochę słabych fotek, którymi nie omieszkam się teraz z Wami podzielić.

This slideshow requires JavaScript.

Miło jest siedzieć w ciepłym domku, popijać ciepłą herbatkę, a mroźny krajobraz oglądać zza okna. Tym niemniej bardzo chętnie wyruszę na podwórko, gdy tylko Ukochana powróci do mnie, by razem z nią stworzyć śniegowego człowieczka. A potem wrócimy, i napijemy się pysznego winka.

O ile do tego czasu śnieg nie stopnieje…

PS. Nie mogłem się powtrzymać. Podrzucam pioseneczki z „Krainy Lodu” Disneya, a właściwie ich „poprawne” wersje. Razem z Ukochaną uwielbiamy je.

Share This:

No Comments

Leave a Comment