Świat wyobraźni

W końcu, po długim czasie niepisania, piszę…

Zauważyłem, że coraz częściej uciekam w swoje fantazje. Idąc, jadąc tramwajem, próbując zasnąć w nocy, czy próbując nie zasnąć w ciągu dnia, wyobrażam sobie swoje życie. Wymyślam je. Stwarzam świat, tak bardzo podobny do tego, w którym żyję, ale ja gram w nim nieco inną rolę… Mam pewne ambicje, jakieś cele. Wyobraziłem sobie dziewczynę. Tę wymarzoną. Tę, która nie istnieje i nigdy istnieć nie będzie. Bo dziewczyny takie nie są. Bo moje wyobrażenie w swojej prostocie jest zwyrodniałe, nie pasuje do obrazu powszechnie dostępnego, obojętnie, czy weźmiemy średnią globalną, czy lokalną, ekstremum czy jakąś konkretną jednostkę. Ona nie istnieje.

I, do diabła, dlaczego, usilnie chcąc, by miała ona w moim wymyślonym świecie włosy czarne, z uporem maniaczki, chamsko, jest blondynką?

W tym świecie nie jestem ścierwem, strzępem człowieka, odłamkiem dawnego „Markusa”, jak to mój Przyjaciel Krzysztof mnie kiedyś nazywał… w mojej wyobraźni jestem bardziej podobny do siebie sprzed pięciu lat, niż do siebie obecnie. Ja – obecny – to już nie ja. Zniszczony przez, to jest najbardziej chore, kobietę. Na początku wydawało mi się, że zniszczyła tylko sferę miłości, uczuć, zaufania. Wczoraj, poproszony przez pijanego żula o coś do jedzenia, cofnąłem się do biedronki i kupiłem mu reklamówkę żarcia. Jak zwykle, kiedy poproszono mnie o jedzenie, a nie „dwajścia groszy”. Jakaś wewnętrzna radość, ciepło na sercu, pozytywne, czystsze myśli – to było kiedyś. Wczoraj, wręczając żulowi reklamówkę, nie poczułem nic. Nie wiem nawet dlaczego to zrobiłem. Pewnie dlatego, że „tak trzeba”…

Mnie już nie ma. Ale w mojej wyobraźni pozostał mój obraz. Nieco wykoślawiony, ale jednak. Obraz, trochę dobry, trochę pozytywnie nastawiony do życia, trochę ufny, trochę kochający i trochę kochany. Trochę uśmiechnięty, trochę wesoły. Trochę gruby. Trochę długowłosy, trochę ambitny. Trochę…ja.

Mnie już nie ma…

…jest teraz inny…ja, ale nie ja. Oglądający w myślach film o samym sobie, gdyby inaczej poprowadził swoje życie…

Share This:

1 Comment

  • Ania Grudzień 21, 2012 at 11:40 pm

    O dziwo…bardzo dobrze się to czytało – pisanie naprawdę jest Twoją mocną stroną.
    Ja też wyobrażam sobie swoje życie inaczej, bez popełnienia niektórych błędów, z lepszymi decyzjami… Ale wiele wciąż można osiągnąć, te porażki nie muszą przecież wszystkiego przekreślać, ja wierzę, że te fantazje mogą się spełnić, trzeba im tylko pomóc… Wiem, że nie można sobie postanowić: „ok, od dziś…czuję, przeżywam, mam nadzieje, ambicje, plany…”. Ale to wróci…wróci na pewno. Może nie jutro, może nie za miesiąc, ale wróci.
    PS. Czarne włosy są piękne, ale blond mieniący się złotem w słońcu…:3…

    Reply

Leave a Comment